Analizuję jedno ze zdarzeń z przeszłości

Kultura, Kultura i sztuka

Duchota, majowy upał i za jakiś czas ma być deszcz z gradobiciem. Czuję się senna, ale zdołałam jeszcze wykrzesać z siebie trochę myśli. Oby tylko nie było tych grudek lodu! Deszcz jest roślinom potrzebny, nie będzie trzeba podlewać, a moja geo-art, dzięki wspomagającej dobrotliwości Matki Ziemi i sił przyrody, po łagodnej burzy ukaże się jeszcze piękniejszy, może nawet z tęczą.
Różne myśli przepływają przez mi przez mózg. Dzięki studiom uświadomiłam sobie, że drzemią w nim ogromne siły. O niematerialną sferę człowieczego istnienia warto troszczyć się przez całe życie.
Przyjechała wówczas I.. Jej przygody z podróżowaniem zna wielu ludzi..A to pociąg ruszył w inną stronę, a to postój miał krótszy niż się spodziewała i taksówką próbowała go złapać na następnej stacji, ale się nie udało i dostała się do swoich bagaży dopiero w czeskiej Pradze … . Nic nie zginęło.
Tym razem I. przyjechała kilka godzin później, korzystając z innego połączenia. Moja Córka jeszcze spała, a gdy Ją poprosiłam, żeby poszła się przywitać, odpowiedziała mi: „Zostaw mnie w spokoju”. Nie nalegałam, bo miała wówczas szesnaście lat i nie pozwalała nikomu nic sobie wytłumaczyć.Tak postanowiła i tak musiało być. Ważniejsze od potrzeb miłości i przynależności: gościnności, duchowości, poszanowania wartości, dobrego humoru, otwartości, wymiany myśli i przeżyć czy integracji okazały się swoboda wyrażania siebie, niezależność, oryginalność, zdyscyplinowanie, punktualność, które mieszczą się w ramach potrzeb z innego poziomu.
Przywiodłam teraz na myśl czas przyjmowania gości w naszym domu. Lubiliśmy się gościć i ożywione życie towarzyskie trwało u nas wiele lat, przez cały okres dzieciństwa moich Córek. W gorączce przygotowań i podczas przyjęcia, dzieci były zawsze na uboczu. Wygląda na to, że Córka swoim zachowaniem zamanifestowała potrzebę szacunku i uznania, dając mi do zrozumienia, że nie lubi być na uboczu. Ja też tego nigdy nie lubiłam.
Komunikacja z rosnącą na potęgę młodziutką osobą nie jest łatwa. Jej potrzeby są tak samo ważne jak potrzeby ludzi dorosłych, a jeśli za bardzo przedkładają oni ponad nie potrzeby swoje, u podopiecznych dochodzi w końcu do wybuchu gniewu, oburzenia, stawiania oporu. Warto doceniać nasze dzieci, wierzyć w ich zdolność do rozumowania i do umiejętności rozwiązywania problemów. Dzieci rozwijają się, chciałyby być coraz bardziej samodzielne i niezależne. Chcą rozwijać własne pomysły. Okazujmy im, że wszystko to jest ważne także dla nas, dorosłych. Nastolatkowie są przecież mądrymi, wartościowymi ludźmi. Szanujmy też te ich trochę niedojrzałe jeszcze sądy i przekonania.
Wszyscy, i młodzież, i dorośli, wytwarzamy własne wyobrażenie o sobie. Obyśmy naszymi zachowaniami nie wywoływali u dziecka – nadmiernie chwaląc – uczucia wstydu, bo jego własne wyobrażenie o sobie nie jest aż tak górne jak w pochwałach, czy też lekceważąco traktując – uczucia odrzucenia, bo przecież nie jest ono takie liche. U skłonnej do drażliwości młodej osoby łatwo o myśl, że dorośli nie są w stanie jej zrozumieć, są niesprawiedliwi i przyziemni. Rodzicielskie analizowanie i interpretowanie zachowań może zrodzić u nastolatka nawet uczucie obnażenia – nie wolno nam, dorosłym tego robić!
Starajmy się zawsze z uwagą i zrozumieniem wysłuchać, co ma do powiedzenia rozwijający się, młody jeszcze człowiek. Jeśli nie ma powodu do niepokoju, w zwykłych sprawach nie trzeba go wypytywać, bo potrafi samodzielnie uporać się ze swoimi sprawami. Dziecko przeżywa swoje problemy po swojemu, a dorośli, którzy nie znają kontekstu tych przeżyć, swoim pocieszaniem albo poprawianiem nastroju mogą wywołać poczucie lekceważenia
Wierzę, że moje Córki, już dorosłe, zdarzenia z czasów dzieciństwa traktują jako wzruszające anegdoty, związane z dojrzewaniem do tego, jakimi ludźmi teraz są. Ja także czuję się wzruszona tymi wspomnieniami, a moje Dzieci zapamiętałam jako najlepszych ludzi, z którymi wiąże się moje życie.

Reklamy

Realizowanie potrzeby kreatywności i rozwijanie kompetencji uwieńcza życie

Kultura

Mieszkam na terenie niewielkiego gospodarstwa rolnego, którego część dziedziczę, ogólnie mówiąc, po moich Rodzicach. Dzięki temu mam do dyspozycji twórczy warsztat, który daje możliwość uzyskiwania podobnych obrazów co rok. A ponadto – mogę się nadal rozwijać.
W tym tygodniu było pogodnie. Dzięki temu mogłam rozpocząć pracę dla uzyskania wiosenno-letniego efektu geo-art w moim ogrodzie i sadzie. Posiałam rośliny do doniczek i skosiłam zeszłoroczną uschłą trawę. Lubię być kreatywna. Z zamiłowaniem uprawiam sztukę. Kiedyś, przez kilka lat malowałam olejne obrazy. Co do rzeźby, mam w wyobraźni na razie tylko pewien zarys: może uda mi się wykorzystać rzeczy zużyte („Cosa usata”), żeby z nich powstało coś ciekawego i przemawiającego. W efekcie artystycznej pracy, którą wykonałam dzisiaj, w kwietniu albo dopiero w maju wyrosną piękne trawniki, na tle których rozkwitną, obsypane gęsto białym kwieciem jabłonie w sadzie, a na rabatach, między krokusami, tulipanami i żonkilami – pojawią się błękitne lobelie i pachnący groszek.
Zawsze rozwijałam swoje różnorodne zainteresowania, toteż uzbierało mi się sporo kompetencji. Teraz jestem bardzo zapracowaną – bezzarobkowo – emerytką. Każdy lubi gdzieś należeć i coś robić. Nie tak dawno, bo w latach 2012 – 2015 (od lipca do lipca), jako latarnik Polski Cyfrowej byłam zaangażowana w bardzo pożyteczne działania na rzecz ludzi w wieku 50+. Współrealizując wraz z innymi latarnikami unijny program Polska Cyfrowa Równych Szans, przekonałam wielu seniorów w moim mieście, że korzystanie ze wspaniałych dóbr Internetu, współtworzenie ich i załatwianie spraw online nie jest trudne, łatwo się tego nauczyć, można korzystać z komputerów, które są w bibliotekach miejskich i gminnych, a i z młodszym pokoleniem łatwiej będzie można znaleźć wspólny język. To było dla mnie wyzwanie, któremu sprostałam i poznałam nowe, wspaniałe możliwości rozwoju.
W bezpośrednich relacjach staram się być elastyczna i tolerancyjna. Widzę raczej dobre strony i moje komentarze są pozytywne. Kiedyś, podczas szkolenia dla latarników zdarzyło mi się przesłać w ramach ćwiczenia dobry tekst, który miałam przygotowany wcześniej dla innych celów. Ku mojemu zaskoczeniu, kilka zdań napisanych w drugiej osobie liczby pojedynczej, wśród których znajdowało się „Nikt cię nie drukuje” spowodowało, że prowadząca kurs bloggerka uznała go, niesłusznie, za krytykę skierowaną do niej i – podpadłam. Pomyślałam wówczas: lepiej było uważniej spojrzeć na tekst i nie wykazywać się aż taką efektywnością. Przecież ta bloggerka prowadziła nasze zajęcia dobrze. Jest wpływowa i dała mi to później odczuć, realizując swoją potrzebę mocy i poważania.
Podczas wykonywania pracy, także artystycznej, ważne dla mnie są: kompetencja, odpowiedzialność, poczucie sensu, prawdomówność, harmonia. Pracą, w dużej mierze zespołową, którą niedawno wykonywałam, było realizowanie mojego Lokalnego Planu Działania, nagrodzonego unijnym grantem (wśród ogólnopolskiej braci latarniczej było dwustu takich grantobiorców), w ramach programu Stowarzyszenia Miasta w Internecie z Tarnowa pod nazwą „Polska Cyfrowa Równych Szans” – wszystkie potrzeby, jakie miałam w związku z wykonywaniem pracy, zaspokojone były jak najlepiej.
Aby zapewnić sobie spełnienie tych potrzeb, obrałam strategie działania, jakimi były: przygotowywanie się i kompetentne prowadzenie zajęć z uczestnikami moich Spotkań z Latarnikiem, uczestniczenie w szkoleniach dla Latarników, a także samodzielne dokształcanie się i polepszanie umiejętności, akcja informacyjna, np. przez rozdawanie ludziom zaproszeń na moje zajęcia. Teraz jako swoją pracę, oczywiście niezarobkową, uważam prowadzenie otwartego bloga. Blogguję wśród polskiej i ogólnoświatowej braci. Aby lepiej realizować swoje potrzeby związane z miejscem pracy jakim jest blog na platformie WordPress.com i mieć więcej satysfakcji, studiuję w Collegium Joanneum i zajmuję się sztuką ziemi.
Uczestniczenie w zajęciach, pisanie bloga i geo-art zapewniają mi poczucie autonomii i wspólnoty. Potrzeby te mogłam rozwijać szczególnie wtedy, gdy należałam do grona aktywnych Latarników Polski Cyfrowej. Mieliśmy zjazdy, kongresy, konferencję i szkolenia, realizowaliśmy ważny społecznie cel, przekonując ludzi w wieku 50+, że Internet jest także dla nich. Nadal, jako internautka, mam poczucie wspólnoty z wszystkimii, dla których zasady netykiety są ważne.. Z wielkim szacunkiem myślę o twórcach ważnego dla ludzi w wieku 50+ programu „Polska Cyfrowa Równych Szans”, i ważnego dla innych, którym uczestniczenie w nim otworzyło wiele nowych, dobrych dróg. Jestem apolityczna i dla tych polityków PO, którzy sprawowali nad nami patronat, jeśli teraz szkodzą Polsce, nie będę miała już szacunku. Wielkim szacunkiem darzę moich rodziców i ich wcześniejsze pokolenia również dlatego, że dzięki nim mogę teraz zbierać swoje plony i kształtować przestrzeń ogrodu, którym zajmuję się od ponad trzydziestu lat. Dobrze, że w tym tygodniu udało mi się jeszcze, resztkami sił, dokończyć przygotowanie trawników – dzięki temu moja ciężka praca w ogrodzie w tym tygodniu ma artystyczny sens.
Szczególnym uznaniem cieszyły się wśród uczestników moich Spotkań z Latarnikiem możliwości, jakie daje Internet. Chętnie zbierali oni jednostronicowe skrypty mojego autorstwa, które przygotowywałam na każde zajęcia. Dużo się przy tym sama dowiedziałam i teraz ze spokojem korzystam z urządzeń elektronicznych i z Internetu. Moje quasi-zawodowe życie wiąże się z korzystaniem z Internetu, zwłaszcza wiedza, zakupy, poczta elektroniczna, blog, platformy społecznościowe, a pewne rozeznanie co do internetowych zdarzeń sprawia, że na ogół radzę sobie z zagrożeniami, które mogłyby sprawić mi kłopoty.
Natomiast uczestniczenie w zajęciach w Collegium Joanneum sprawiło, że moje wpisy na blogu nabrały nowego, głębszego sensu. Mogę dzielić się teraz z innymi istotną dla nas, ludzi, wiedzą. Dzięki temu czuję się pewniej i bezpieczniej. Nadal mogę się rozwijać. Pomagają mi w tym także szkolenia, w których uczestniczyłam jako Latarnik, a także wiedza z Internetu, również z forów społecznościowych.
Od czasu rozpoczęcia tej nauki coraz częściej zastanawiam się nad swoimi potrzebami. Jeśli ktoś usiłuje mi przeszkadzać w realizowaniu tych moich dobrych i pożytecznych potrzeb, zastanawiam się, dlaczego zaistniała taka potrzeba u szkodliwej osoby. Uważam, że kompetencje, kreatywność i kultura, niewdawanie się w prowokowane utarczki – są podstawą, dzięki którym można najlepiej okazać postawę: magis ratio quam vis (bardziej rozum niż siła).
Postępowanie szkodliwe marginalizuje i sprawia, że osoba, która w taki sposób postępuje, nie jest zdolna do przeżywania typowych doznań. Ma to znaczenie zwłaszcza w sytuacjach wyjątkowych. Większość z nas, ludzi, byłaby wówczas szczęśliwa, gdyby mogła spędzić czas w luksusowym, egzotycznym, niezatłoczonym miejscu, delektując się pięknem pejzażu. Niewątpliwie pozwala to na spełnienie się typowego oczekiwania na luksus i mnóstwa możliwych do zrealizowania w takiej sytuacji potrzeb: odpoczynku, intymności, harmonii, luzu, kontaktu z naturą, niezależności, przyjemności, radości życia, spokoju, szczęścia, urozmaicenia, kultury, zachowania równowagi. Toteż za sentencją „Magis ratio quam vis” postępują:przysłowia: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” i „Nie wywołuj wilka z lasu”, to może potrafisz jeszcze zaznać prawdziwego szczęścia, którego najwięcej jest w zwykłych miejscach.
„Piękny finał pięknie wieńczy dzieło”. U seniorów tym dziełem zwykle jest droga życia, którą każdy chciałby uwieńczyć jak najlepiej.

Spotkanie z Latarnikiem i qz-opowiastki

Kultura

Słoneczny listopadowy dzień przywraca ludziom uśmiech i radość. Smutki i troski schowały się w swoich szarych zakamarkach. Czekają na słotę i zimno. A silne słońce przysyła mnóstwo promyków, które wszyscy skrzętnie zbieramy, żeby te różne smutki i troski nie zawracały nam głowy. Jak ludzie będą mieli dużo promyków, to sprawy, którym trzeba podołać, nie będą takie trudne. Wówczas rozmowa Polaka i Polki z Polakiem czy Polką potoczy się nie gorzej, niż między Anglikami i na pytanie:
– Cześć! Co u Ciebie? Co u Was?
Każdy odpowie:
– Dziękuję, dobrze i oby tak dalej. A Ty, jak się masz?
– Dzięki, też nieźle! Wszystkiego dobrego, dużo zdrowia! Do widzenia!
– Nawzajem. Do widzenia!

Moją dobrą wróżką jest Maria Kuncewiczowa, pisarka, patriotka, światowiec, ambasadorka Polskich Spraw. Jedną z kobiecych postaci, jakie nam ukazała Pani Maria, jest Przyjaciółka z „Tristana 1946”. Wyraz „przyjaciółka” przywodzi na myśl to, co dobre i prawdziwe. Jaki byłby niefeministyczny odpowiednik tego słowa?

Życzę wszystkim miłego dnia i zapraszam do czytania – autorka bloga „Spotkanie z Latarnikiem i qz-opowiastki” – Janina Barbara Sikora.

Świat się zmienił i „policzków” do bicia już się nie wystawia

Kultura, Kultura i sztuka

Nowoczesność ogarnęła wszystkie sfery ludzkiego życia i nie ma w tym nic złego. Przecież jesteśmy coraz lepiej wykształceni i oczytani. Mamy wiele możliwości, by uczestniczyć w procesie ustawicznego kształcenia – i szkolnego, i szkoleniowego. Ogólnodostępne nobliwe media prezentują w swych programach interesującą, profesjonalnie i rzetelnie przekazywaną wiedzę.

Dzisiaj nie może nie pojawiać się znak zapytania przy opinii, że ktoś tak dużo się w życiu nacierpiał z powodu poczynań kogoś tam – niedawno jeszcze przydającej cierpiętnikowi wśród mieszkańców z sąsiedztwa swoisty status wyjątkowości. U ludzi, którzy w swym altruizmie nie liczą się z własnymi potrzebami, może nagromadzić się wiele żalu, smutku, poczucia niechcianej inności, które później rodzą nieoczekiwane reakcje, mogące dotkliwie zranić osoby bliskie i zdruzgotać wszelką przyjaźń.

Potrzeby, uczucia, doznania, mediacje, strategie i inne pojęcia z dziedziny psychologii są dziś powszechnie znane i metodycznie wykorzystywane w praktyce codziennego życia. Spotykamy się z nimi, gdy na przykład bezpośrednio załatwiamy sprawy w urzędzie albo robimy zakupy w firmowym sklepie. Niekiedy przybierają one kształt zabawnej gry, która – jeśli kończy się korzystnie, pozostawia w pamięci dobre wspomnienia.

Bardzo drogi smart-fon, w opinii znawców przepłacony, który umożliwia nam korzystanie z atrakcyjnych, unikatowych technologii, staje się tańszy dzięki temu, że spełniając u sprzedawcy warunki dobrego klienta, uzyskujemy możliwość zapłaty rozłożonej na wiele rat. Sens i potrzeba posiadania takiego czy innego urządzenia, czegokolwiek, zrealizowana w cywilizowany sposób, rodzi wiele dobrych uczuć: wdzięczność, zadowolenie, radość, a nawet szczęście.

Zaraz pewnie pojawi się pogląd, że jedni nie powinni się nad drugimi wywyższać, bo nie wszyscy mogą to czy tamto posiadać, a na pewno by też chcieli. Odpowiem tak: nie wszyscy muszą mieć to samo, nie każdy potrafi korzystać z pewnych dóbr i wywiązać się z powinności, których to posiadanie wymaga. Józef Ignacy Kraszewski w swej książce „Interesa familijne” powiedział: „To, co świat zowie wyższością, jest, po chrześcijańsku, prawdziwym tylko ciężarem i pętami. Wyższość nie daje praw więcej do szczęścia, pomnaża tylko obowiązki. (…) Stojący wyżej odpowiedzialni są straszniej przed Bogiem, sobą i ludźmi, a coż zyskują? (…) Zyskują to, że więcej uczynić mogą (…), ale sił po temu potrzeba.”

W naszej cywilizacji każdemu może się zdarzyć, że broniąc się wyrazi w słusznej sprawie oburzenie, skierowane do drugiej osoby, która urzeczywistnia swoje potrzeby cudzym kosztem. Zaraz potem pojawia się myśl, że może jednak strona, która kieruje do mnie pretensje, ma rację, może to ja jestem winna. Następnie przychodzi refleksja: jakie są potrzeby tej osoby i na jakiej podstawie może je mieć? A na koniec – rozwaga: jak pozwolę temu komuś na realizowanie potrzeb, to zniweczą one moje potrzeby, więc ja się na to nie mogę zgodzić Trzeba poszukać innych rozwiązań, które zawsze są możliwe i nikogo nie krzywdzą.

Większość z nas ma podobne potrzeby, chcemy mieć rodzinę, pracę lub zajęcie, mieszkanie, przyjaciół, ukończyć szkołę. Każdy chce być ważny. Zarówno te, jak i wszystkie inne ludzkie potrzeby są dobre. Nic złego nie ma w tym, że chcemy je zaspokoić. Zło może się pojawić w sposobie, jaki zostaje obrany żeby to osiągnąć.
Od ponad pół roku dochodzą do mnie plotki, że napastliwy i zagrażający kobietom osobnik, który świadczy usługi „słupa” innym, jemu podobnym, ma potrzebę posiadania mieszkania w jednorodzinnym domu mieszkalnym, zarządzanym przez kobietę w senioralnym wieku. Liczy on na to, że wydzielenie w tym domu mieszkania jemu albo jego kompanom wymusi na niej poprzez okrutny stalking, urabianie złej opinii i tym podobne poczynania. Nie wiem tylko z jakiej przyczyny pojawia się w oczach tego osobnika nieskrywana radość, jeśli uda mu się wyrządzić krzywdę człowiekowi, którego sobie upatrzył. Jednakże bywa, że potrzeba posiadania miejsca do mieszkania, z powodu sposobu realizowania tej potrzeby, urzeczywistnia się przez pobyt w pewnym zakładzie zamkniętym. Tylko czy tam będą okazje do powstawania uczuć, które wywołują tę uciechę, ujawniającą się poprzez mowę ciała?

Żeby urzeczywistniać swoje potrzeby, nie wolno krzywdzić innych, niwecząc ich potrzeby. Ideologia „Każdemu według jego potrzeb” to utopia, której polskie społeczeństwo, znajdując oparcie w Kościele, nigdy nie zaakceptowało. Ideologia ta, realizowana w Związku Radzieckim, zapewne nadal ma zwolenników w krajach położonych na wschód o Polski. Strona musi więc przemyśleć inny sposób realizacji swych potrzeb, żeby nie naruszała praw kobiety – seniora. I zawsze jest tak, że sposobów można znaleźć wiele, chyba że tak naprawdę jest w tym wszystkim jakieś drugie, może nawet rodem z tzw. „dekretu Lenina”, dodatkowo powiązane z perfidnym handlem dno. A o przyzwolenie takiej czy innej społeczności na proceder zawleczony zza wschodniej rubieży i nie wiadomo skąd tam jeszcze – ogłupiający całe gromady amok, zwłaszcza w sprawach relacji związanej z widokami na oszukańczy zarobek, nietrudno. Jaskrawym, rażącym przykładem realizacji owej ideologii była tak zwana „nacjonalizacja kobiet”, ustanowiona wspomnianym dekretem Lenina … Więcej można dowiedzieć się o tym ze źródeł historycznych i z literatury. Warto skorzystać z internetowych udogodnień, by wysłuchać poświęconej temu tematowi audycji radiowej „Labirynt historii „, nadanej 14 stycznia tego roku w Jedynce radiowej o zwykłej porze.

Życie nieustannie przynosi nam dobro i zło w rozmaitych proporcjach. Często jest tak, że przeważa dobro, więc zła prawie nie widać. Nie powinniśmy pozwalać, żeby czynienie krzywdy jednym przez drugich miało się dobrze. Oby każdy, jak tylko może, zechciał temu przeciwdziałać. Zdobyta wiedza i umiejętności zobowiązują tak samo, jak starodawny szlachecki tytuł.

Przychodzi chwila, że mówi się o tym, o czym zwykle się nie mówi

Kultura, Kultura i sztuka

– Chciałabym mieć brata! – powiedziałam, unosząc głowę znad zeszytu. Odrabiałam lekcje. Już nie pamiętam, skąd mi to przyszło do głowy. Miałam młodszą siostrę. Na cmentarzu był maleńki grób braciszka, który urodził się, zanim ja przyszłam na świat. Żył tylko tydzień, bo był bardzo słaby.
Mama obierała ziemniaki na obiad. Ojciec, bardzo z czegoś zadowolony, z uśmiechem na twarzy wyglądał przez okno.
– Marysieńko!? – zwrócił się do Mamy.
– A daj ty mi spokój, mało mam na głowie?! Już nie daję rady!
Jej wczesna młodość przypadła na lata wojny. Zabrana na roboty, po różnych perypetiach trafiła do rodziny, u której pomagała opiekować się trójką maleńkich dzieci. Po powrocie do kraju miała konkurenta – statecznego kuzyna, który bardzo chciał się z nią ożenić. Była ładna. Jak każda wierna swym namiętnościom romantyczka, nie zgodziła się na małżeństwo z rozsądku. Po kilku latach poznała mężczyznę, z wyglądu bardzo podobnego do rodziny, u której przebywała w czasie wojny. Lubiła ich i szanowała – byli dobrzy i szlachetni, ale po wojnie nie mogła o tym nikomu mówić.Bez wahania została żoną tego mężczyzny – spodziewała się po nim, że zazna dobroci, szlachetności, godziwego życia.
Chociaż Jej oczekiwania przerastały rzeczywistość, w „tych sprawach” Ojciec słuchał Mamy. Tak wtedy było. Jednakże we wszystkim innym kobieta racji mieć nie mogła. Tak wówczas myślał mój Ojciec o Mamie, podobnie jak większość mężczyzn myślało o swoich żonach. Państwowy model rodziny: „mąż i żona plus dwoje dzieci” przyjął się bez żadnych oporów i bez aptecznych środków. Przez kilka pokoleń, które wchodziły w dorosłość w okresie kilku dziesiątków lat przed i po wojnie, prawie nikt nie poddawał się aborcji, nikt nie był do tego zmuszany.
Potem przyszły czasy na model życia zza wschodniej rubieży i zachodnie „nowoczesne” wynalazki medyczne: medykamenty – regulatory płodności, które z jednej strony leczą, z drugiej – zastosowane w celach ograniczania płodności, jako środki wczesnoporonne mogą spowodować, że mimo zaistnienia nowego życia, ciąży nie będzie..
Dużo jest tych środków: i mechaniczne, i preparaty zawierające hormony. Producent ten, producent inny. Dowiadujesz się, jaka nazwa, idziesz do apteki, kupujesz …
W czasach mojej młodości panowało wyedukowane przekonanie, że kobieta decyduje o tym, co nosi w swoim brzuchu. Tylko niektórzy mówili: pod sercem.U prawie wszystkich ludzi bardzo to skrzywiało obraz rzeczywistości powstawania i rodzenia się życia, za którą odpowiedzialnością obarczono kobiety, żony, których dyspozycyjność „w tych sprawach” mogła zrównać się z dyspozycyjnością męską. Ten model zza rubieży zbiera swoje triumfy po dziś dzień. Ludzie zatracili na pewien czas to, co już – podążając za odkryciami nowożytnej nauki – potrafili. Sumienie nie pozwalało nikomu paskudzić ani w brzuchu kobiety, ani w urodzajnej ziemi.
Sprawy intymne są tajemnicą, którą skrywamy przed innymi, należą do naszej prywatności. Jestem pewna, że ci z natury dobrzy i uczciwi ludzie, jakimi byli śp.śp. mój Tata i moja Mama, w zaświatach, daleko i blisko zarazem, nie pogniewają się na mnie, że na chwilę uchyliłam rąbka ich intymności. Moim zamiarem nie jest obnażanie – chciałabym tylko przypomnieć, że w dwudziestym wieku pojawiły się pokolenia kobiet i mężczyzn, którzy po założeniu rodziny w sprawach intymnego pożycia dobrze się rozumieli i wzajemnie szanowali swą odmienność. Oni przez całe życie nie potrzebowali medykamentów w rodzaju „dzień po”, „sprężynek”, aborcji itp. Powoływali do życia tyle dzieci, ile chcieli mieć, a jak niespodziewanie pojawiało się kolejne dziecię, kochali je tak samo jak te, co już mieli, od chwili, jak tylko dowiedzieli się, że jest.

Każdy człowiek ma wiele pragnień

Kultura, Kultura i sztuka

Dzisiejsze pragnienia są bardziej różnorodne niż te, które Europejczyk mógł mieć po wojnie. W byłych krajach tak zwanej „demokracji ludowej” ograniczenie pragnień utrzymywało się przez ponad pół wieku. Teraz, włączeni do ogólnoświatowej rodziny ludzkiej, tak samo jak w tradycyjnej wielodzietnej i wielopokoleniowej rodzinie musimy bardziej zważać na zachcianki swoje i cudze, starając się, żeby były dobre i pozytywne, bo przecież nadal funkcjonują szkodliwe pragnienia minionego czasu i doszły do nich nowe, też bardzo niszczące. Trzeba mieć poczucie odpowiedzialności.
Jesteśmy współodpowiedzialni za to, co dzieje się w naszej ludzkiej rodzinie, nikt w tej ogólnoświatowej wiosce nie zasłoni się przysłowiowym trzymaniem głowy w piasku – dowiadujemy się prawie o wszystkim, media docierają niemal wszędzie.
O sprawach zasadniczych nie da się mówić inaczej, jak tylko językiem rygorów i nakazów. Tu nie ma miejsca na żarty i lekceważenie: czynimy to albo tamto, opowiadamy się za tym albo za czym innym. Żeby jednak na co dzień jak najlepiej wspomagać siebie i drugich, większości ludzi brakuje elementarnej wiedzy, dotyczącej zwykłego, codziennego dla wszystkich bytowania.
Jesteśmy, bo się urodziliśmy i zostaliśmy mniej lub bardziej starannie wychowani, w przekonaniu nas wierzących – pod okiem Opatrzności.
Dlaczego panuje przekonanie, że jak para ludzi, chłopak i dziewczyna, kobieta i mężczyzna czy mąż i żona ciągle kłócą się ze sobą, to się rozejdą? Nikt nie myśli, że to kryzys, który można wspólnie opanować i przejść do następnego etapu. Takie kryzysy są naturalnym stadium rozwoju pary ludzkiej, która musi się tylko dowiedzieć, jak sobie z tym poradzić, żeby dalej żyć razem i rozwijać swój związek, dając poczucie bezpieczeństwa dzieciom, jeśli je powołali na świat. Małżeństwo rozwija się podobnie jak dziecko, tyle tylko że te przejścia do następnego etapu bywają straszliwe. Wielu ludzi potrafi je przemóc, trzeba tylko chcieć. Trzeba też nauczyć się i odrzucania swojego egoizmu, i stawiania granic.
Należę do ogólnoświatowej rodziny, dla której bliska jest nauka Papieża – Polaka. Od kilku lat codziennie czytam Jego Słowo. Nauczanie to, tak samo jak nauczanie Innych Papieży otwarcie uznaję za przewodnie dla ludzkiego życia. Staram się żyć w ryzach Dekalogu, myśląc z troską o innych. Chciałabym im pomagać, jak tylko to jest w moim położeniu możliwe. Uważam, że współczesna nauka Kościoła mówi nam, abyśmy byli radośni i szczęśliwi, nie nadstawiając – w rozumieniu dosłownym – policzków tym, którzy mają upodobanie, żeby w nie tłuc. Przecież nie wolno sprzyjać narastaniu niegodziwości w ogólnoludzkiej rodzinie, którą każdy jak tylko potrafi, powinien kształtować pozytywnie.
Rozumiem ludzi, zanurzonych w różnobarwnym codziennym życiu, dla których bliskie mi słowa Św. Jana Pawła II: „każdy powinien dążyć do świętości”, są jakimś bajerem i wolą usłyszeć :”szanuj się, człowieku”. Można by powiedzieć: Szanuj się, człowieku i nie pozwalaj sobie w swoim postępowaniu, żebyś czuł się – jak to mawiają Rosjanie – nieważno. Zapamiętałam to słowo z czasów szkolnych i po dziś dzień je szanuję. Oznacza sumienną ocenę własnych byle jakich uczynków.
Nie szpanuj i nie udawaj, że nie masz sumienia, człowieku, bo każdy wie, że je masz. Pamiętaj: poprzez mowę ciała i tembr głosu nie potrafisz ukryć, jeśli tak naprawdę co innego mówisz i co innego robisz.
Pragnienia mogą być tylko własne, nikt nie może znać pragnień innego człowieka, które nieustannie kształtują się podczas jego życia. Trzeba jednak coś zrobić z tym niebywałym funkcjonowaniem mody na nie szanowanie ani siebie, ani nikogo, myślenie tylko o sobie i swoich egoistycznych potrzebach, rozpowszechnioną po wojnie antykoncepcję, te pigułki, sprężynki itp., uśmiercanie nie narodzonych dzieci, zwane usuwaniem niechcianej ciąży. Znam osobiście kobietę, która skorzystała z możliwości aborcji jak tylko ta możliwość się pojawiła. Rozmawiałam z nią o tym, kiedy miała 70 lat. Rozpaczała żałując, że to zrobiła. Miała mieć córkę.
Pary wzajemnie poznając swoje ciało, cieszą się nim. Poglądy sprzed kilkuset lat, że małżonkowie obcują ze sobą odziani w koszule z odpowiednio powycinanymi dziurami, na zawsze odeszły do lamusa. Trzeba jednak pamiętać: sama radość to nie wszystko. Należałoby wiedzieć, kiedy może zostać – jak to mawiają ludzie urodzeni przed wojną – powołany do życia człowiek i jeśli para nie jest do tego przygotowana, stosuje wstrzemięźliwość. Ludźmi nie może rządzić rozpowszechniony seks, w dużej mierze związany ze sprawami ludzkiego życia i śmierci, za które każdy ponosi odpowiedzialność osobiście. Jeśli zostanie sprowadzone na świat dziecka, zaplanowane czy nie, życie jego rodziców zawsze się zmienia. Nawet zarażeni wcześniej propagandą proaborcyjną, czują się teraz prawdziwie szczęśliwi, potrafią pokonać bariery swego egoizmu i wychować je na uczciwego człowieka.
Nie tak dawno jeszcze mówiło się, że życie jest szare. Teraz stało się barwne, a relacje między ludźmi stały się zhierarchizowane podobnie, jak to kiedyś bywało w rodzinach wielopokoleniowych czy wielodzietnych i każdy musi sobie wypracować swoje miejsce, kierując się uczciwością, bo inaczej wszyscy stoczymy się do poziomu złowrogiego plemienia. Nasza ogólnoludzka rodzina ma powinność stawania się coraz lepszą i szanowaną ze względu na niezakłamaną autentyczność, godziwość postępowania, roztropną wyrozumiałość i wzajemny szacunek. Im ktoś jest bardziej w porządku, tym więcej znaczy w jej hierarchii. Pragnienie, żeby nie czuć się nieważno, jest ponadczasowe, tak samo jak przykazania Dekalogu w sumieniu, które sprawiają, że je mamy.

Sedno

Kultura

Sentencja:
(…) zebrali się, żeby tę rzecz rozważyć, i do dnia pierwszego miesiąca pierwszego zakończyli sprawę z tymi wszystkimi mężami, którzy pojęli żony cudzoziemskie.*
Dla naszej, polskiej rzeczywistości, uznawanej przez Polaków-Europejczyków, postępowanie ugrupowania bądź społeczności, która z całym okrucieństwem chciałaby narzucić komukolwiek swoje oczekiwania, podpierając się przy tym np. względami religijnymi, jest niezrozumiałe i obce. W powyższej sentencji, która wywodzi się ze starożytności, jest mowa o niszczeniu małżeństw i rodzin, w imię Boga – jak wynika z pełniejszego tekstu. A przecież człowiek nie ma prawa przeinaczać żadnej Bożej prawdy, również tej, że Bóg jest dobry i nie krzywdzi ludzi.
Św. Jan Paweł II głosił, że dobro człowieka jest ważniejsze od potrzeb społeczności. Mamy prawo, i obowiązek, nie godzić się z prywatnymi żądaniami otoczenia, jeśli one nam nie odpowiadają. Jeśli otoczenie stosuje przemoc i bezprawie, stwarza zagrożenie dla człowieka, to trzeba się temu zdecydowanie przeciwstawiać. W dzisiejszych czasach, gdy funkcjonują sposoby zdalnego nękania przez nieuprawnione zakładanie w miejscu, w którym przebywa atakowany człowiek, podsłuchów, mikro-kamer i mikro-głośników, a także bicie człowieka przez wykorzystywanie specjalnych urządzeń i fizyki oddziaływania fal na ludzkie ciało, a ci, którzy się tego dopuszczają, są bezkarni, zło ludzkiej zbiorowości staje się zagrożeniem nie mniejszym, niż zagrożenie od okupanta. Dom rodzinny przestał być dla człowieka schronieniem, a człowiek stał się dla zwyrodniałych zbiorowości przedmiotem jakiegoś perfidnego handlu i rozmaitych eksperymentów. Kto im tego zabroni?
Skłonności do wynaturzeń, przewrotności i okrucieństwa, zarówno poszczególnych osobników jak i społeczności, które oni tworzą, znane są ludziom od najdawniejszych czasów. Mówią o tym źródła historyczne, warto do nich sięgać, ale kto ma na to czas w tym dzisiejszym zaganianym świecie?
Czasy powojenne wywarły na nas okropne piętno. Żeby się uchronić przed wypraniem mózgu, trzeba było postępować inaczej, na wspak. My, którzyśmy w tamtych czasach słuchali Biblii w Kościele i na lekcjach religii, jesteśmy zabezpieczeni wiedząc, że nic, żadne zło, nie może odłączyć nas od miłości Chrystusowej.
Czasy się zmieniły. Różne grupki uzurpują sobie, aby do nas przemawiać i nami rozporządzać, nazywając siebie głoszącymi słowo boże. Stosują techniki psychologiczne. Są uporczywi i natarczywi w swoich poczynaniach. To nie ma nic wspólnego ze Słowem Bożym katolickiego kraju. Teraz trzeba uważać, z kim czytamy Biblię, bo oni gotowi są wmanewrować człowieka w pochówek w urnie, z całą swą okrutną przewrotnością.
Dawniej czytanie Biblii mieliśmy tylko w naszym powojennym, całkowicie dobrym, Bożym Kościele. Mózg prały Polakom zebrania partyjne i, w sporej mierze, środki masowego przekazu. Teraz niepostrzeżenie doszły jeszcze różne ugrupowania i społeczności, dla których relacje – jak je nazywają – boże, służą im do zaspokajania ich przyziemnych potrzeb.
Biblia przekazuje także postępowanie opisywanych w niej osób, grup, większych społeczności i całych społeczeństw. Jezus Chrystus stawia granice dla ludzkiego zła. Prawda, którą Chrystus przekazuje nam w głoszonym Słowie Bożym i poprzez swą działalność, jest jasna, zrozumiała dla każdego i oczywista. Nikt nie potrzebuje i nie potrafi przeciwstawić jej żadnych słusznych kontrargumentów. Ta prawda broni człowieka.
Bezpieczeństwo zapewnia nam także sakramentalne małżeństwo, wielki Boży dar dla ludzi na pewnym etapie ich rozwoju. Autonomiczne, tradycyjne małżeństwo rozwija się podobnie jak dziecko. Od zarania dziejów człowiek się zmienił, staje się lepszy, kształtuje swą kulturę, nieustannie poszerza i udoskonala osiągnięcia naukowo-techniczne. Nastąpiła emancypacja kobiet. My, Europejczycy, nie handlujemy narzeczonymi. Jeśli dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta, którzy zechcą być razem, potrafią przetrwać kryzysy małżeńskie, poprzedzające przecież kolejne etapy rozwoju ich związku, odnoszą swój największy życiowy sukces. Żadnej zbiorowości, nawet bardzo licznej, nie wolno ingerować w pożycie małżonków.
Znam przykład katolickiego małżeństwa: mąż, żona i dwoje dzieci, których los każe bić na alarm. Poznali się nietradycyjnie, nowocześnie, w środowisku studenckim. Ona – bardzo nowoczesna, wyemancypowana, on – nie wiadomo jaki, od razu – zaborczy. Po paru latach rozstania nastąpił katolicki ślub, na początku trudnych lat osiemdziesiątych. Ten czas był trudny dla większości Polaków. Od pierwszych wspólnych dni on przez wszystkie kolejne lata miał swój luz: odwiedziny u Matki w każdy wtorek i piątek oraz niezbyt rygorystycznie przestrzegany czas pracy. Ona musiała się podporządkować: żadnych rozmów czy dyskusji, same obowiązki. Mogła tylko odejść.
Przyszły na świat dzieci. Na początku nie miała żadnej pomocy, z wyjątkiem okazjonalnie dostarczanej atrakcyjnej żywności z paczek. Po kilku latach zaczęła się jego pogoń za pieniędzmi, świątek-piątek praca i tylko praca. Nadal – żadnych rozmów czy dyskusji. Po kilkunastu latach istnienia tego stadła, jak już był samochód i „pałac”, zmieniło się pożycie, narzucone przez męża. Gdy żonie, nękanej od jakiegoś czasu i zaczepianej przez rozmaitych osobników (były to, i są nadal, kobiety i mężczyźni), otworzyły się oczy – nowe, narzucone pożycie zniszczyło całą rodzinę. Nie potrafiła pogodzić się z tym okropnym kłamstwem. Żona zapewne słusznie się domyśla, że mąż otrzymał „od swoich” jakichś instruktorów albo instruktorki, którzy go w tej kwestii przeszkolili.
Małżonkowie przez cały czas trwania ich związku znajdowali się w położeniu ludzi, dla których z przyczyn zewnętrznych nie mogą zaistnieć zwykłe etapy rozwoju małżeństwa. Przeżyli tylko długotrwałe zauroczenie i straszliwy pięcioletni kryzys, które trwały w sumie dwadzieścia lat. Los tej nieszczęsnej rodziny, narażonej na uporczywe poczynania pewnej zorganizowanej prymitywnej, okrutnej i zatwardziałej społeczności, nastawionej tak naprawdę wrogo do nich wszystkich – oby był jedyny w naszym kraju, oby nikomu więcej nie zagroziło takie zło! Oby złoczyńcy się opamiętali!
Biada nieszczęsnym dzieciom rozwiedzionych małżonków!
Można by tu dużo opowiadać, mniejsza jednak o szczegóły, groźny jest schemat postępowania, zapewne precedens w naszym kraju.
Żona jest przekonana, że mąż, syn lekarza, w oczach adekwatnego środowiska „wśród swoich” nie dawał wystarczających widoków na osiągnięcie odpowiedniego statusu majątkowego, więc na tym etapie „ci jego” wykazali się nowoczesnością i odrzucili swoją tradycyjną ksenofobię. Ożenił się z „gojką”, ale pozostawał pod ich wpływem, a oni się przyglądali: sytuacja była rozwojowa. Czas dojrzałości tej sytuacji przyszedł, gdy rodzina ta osiągnęła odpowiedni status dzięki posiadaniu auta i „pałacu”. Małżeństwo zostało zaatakowane: zaczepki i nękanie żony w tramwajach czy autobusach miejskich, mobbing w pracy, w której dużo „tych jego” było zatrudnionych. Jemu też dokuczali.
Jak przyszło do rozwodu, zapytał tylko, czy żona na pewno tego chce. Potwierdziła. Wygląda na to, że nowa towarzyszka życia dla męża była już wyszykowana i tylko czekała. Ganiali się samochodami, jak jednego razu podwoził żonę, żeby zdążyła na autobus. Żona zobaczyła, że bardzo pobladł na twarzy, jak się tak z tą towarzyszką ścigał, wioząc ją – swą małżonkę, w małżeńskim aucie.
Stanęło na tym, jak twierdzi żona, że „ci jego” usiłują ją zmarginalizować, nawet dorobili do jej życiorysu przestępstwo. Co to dla nich – po wojnie wielu z nich zabijało i niszczyło Polaków, teraz mają naśladowców, którzy wyczekują okazji, żeby się wykazać, ciągnąc przy tym dla siebie tyle korzyści, ile się da. Mężowi wyszykowali towarzyszkę łasą na „pałace”, ale i dla niszczonej z premedytacją żony też znalazłby się towarzysz. Sporo mają „wśród swoich”: oszustów, naciągaczy, złodziei i innych przestępców, zwyrodnialców czy psychopatów. Jeden z takich osobników przyczepił się do jej nieszczęsnej siostry. Ten osobnik usiłuje frymarczyć wszystkim, czym się da. Człowiek to w jego środowisku towar na handel. Rozwiedziona katoliczka pozostaje nadal sakramentalną żoną swego męża. Dlaczego ten osobnik z marginesu społecznego od wielu lat ją atakuje? Widocznie został do tego wynajęty. Ci, których żadna kobieta z „ich środowiska” nie chce, potrzebują mieć wikt, opierunek i podnóżek. Widocznie ci, co „zebrali się”, uradzili, że ta gojka, która po latach, z przerobionym życiorysem, jest według ich taksy w gorszym gatunku, nadaje się teraz na podnóżek dla zwyrodnialców. Dla nich sakrament małżeństwa i wiara katolicka nic nie znaczy.
Sedno tkwi w słowach sentencji: „zebrali się, żeby rzecz rozważyć,” i ile razy, eksperymentując, to zrobili. Jak coś takiego może dziać się w Polsce? W Europie? Co to jest?

*„Sprawa małżeństw mieszanych”, Księga Ezdrasza 9,1 – 10.44, tłumaczenie ks. Jan Drozd. Biblia Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2009 r.

Nie spodziewałam się, że nowa Ustawa o repatriacji już funkcjonuje

Kultura

Nie spodziewałam się, że nowa Ustawa o repatriacji już funkcjonuje. Wertuję przepisy, przewidujące życiowe zdarzenia i pozwalające urzędnikom nieść przemyślaną, konkretną pomoc dla ludzi, których one dotyczą: wielopokoleniowym Polskim rodzinom ze Wschodu. Ci ludzie szybko potrafią się usamodzielnić i w niedługim czasie wraz z nami wszystkimi budują Polską rzeczywistość, godziwie korzystając z dóbr, dostępnych dla ogółu polskich obywateli. Wiem, i jestem przekonana, a przemawia za tym moje latarnicze doświadczenie, że w Zgierzu znajdują Oni i znajdywać będą dobrą i życzliwą pomoc.

Oby Pani Zofia Teliga Mertens miała jak najwięcej naśladowców, którzy w najróżniejszy sposób zechcą włączyć się w dzieło pomocy tym szlachetnym, tak okrutnie doświadczonym przez los naszym rodakom i ich bliskim.
Posiadanie nawet niewielkiego majątku to obowiązek, któremu trzeba roztropnie sprostać, dbając żeby ziemia nie dostała się w ręce ludzi o złych zamiarach, potrafiących w mig zamienić szacowną działkę rolną na obrzeżach miasta na zyskowne place i pourządzać na nich jakieś szulernie, meliny narkotykowo-pijackie czy domy schadzek.
Dzięki rodzinnym rozmowom, jako najbardziej zaangażowana – poprzez nakłady pracy i poniesione nakłady finansowe – spośród wszystkich, mających interes prawny w gospodarstwie rolnym na ul. Okręglik 1, powróciłam do starań, które poczyniłam częściowo w 2007 roku w imieniu i z upoważnienia mojego ojca, Kazimierza Maćkowiaka. Wówczas założyliśmy Księgę Wieczystą i zaczęły się rozważania nad podziałem gospodarstwa. Sprawa nie jest łatwa. Czeka nas kosztowne uporanie się ze starymi budynkami przy przeprowadzaniu ich rozbiórki, bo na działkach, np. rekreacyjnych, trzeba by płacić za nie spore podatki. Warto pomyśleć o poświęceniu działki niezabudowanej dla uporządkowania działki z budynkami. Nie zgodzę się na sztuczki deweloperów, znanych przecież z nieuczciwości.
Funkcjonuje teraz w nowej postaci priorytetowa „Ustawa o repatriacji”. Miejsce takie, jak ul. Okręglik w Zgierzu byłoby idealnym miejscem dla repatriantów ze Wschodu, którzy chętnie osiedlają się całymi grupami. Jeśli udałoby się znaleźć sponsorów, którzy uzbroją ten teren i zbudują niedrogie w stanie surowym szeregowe domy, możemy liczyć, że Polacy ze Wschodu będą zainteresowani, żeby się osiedlić na stałe na własnej, teraz naszej ziemi. To miejsce jest dość surowe i wymagające pewnej zaprawy w radzeniu sobie w trudniejszych warunkach, którą oni mają.
Jak się powiedzie, będziemy mogli zrobić podział na działce zabudowanej, ze wspólną na metr czy dwa granicą-miedzą między ul. Okręglik 1 A i ul. Okręglik 1 B, bo na parcelach między domami musi być 10 m, licząc od wyznaczonej granicy … (a może znajdzie się na tę granicę inne jeszcze rozwiązanie?). Krótko mówiąc nie ma takiego utrudnienia, z którym w dobrej wierze nie można by się uporać. Jeśli zapanuje zgoda, dzięki naszej pomocy dla repatriantów z pewnością uzyskamy konkretną pomoc, żeby poradzić sobie z kosztami podziału mniejszej działki, każdy uprawniony będzie miał własną część, będzie można się ewentualnie pospłacać itp. Ten ład musi zapanować i teraz jest dobry czas, żeby to zrobić.
Dziś przed czwartą popołudniu napisałam na moim blogu o „nocy”, teraz przyszła kolej na „dzień”. Imię „Noc i Dzień”, które przyniosło mi życie, ma coś wspólnego z panną „Noc i Dzień” z jednej z „Siedmiu fantastycznych opowieści” Karen Blixen, przy czym modny ostatnio podział na klasy społeczne, za wzorem św. Jana Pawła II uznaję z mit, hołdując zasadzie: „Po czynach Ich poznajemy”.
„Noc i Dzień”, imię bohaterki opowiadania Karen Blixen, jest mi bliskie oczywiście tylko w sensie ogólnym, jest to takie „twin peaks” (w znaczeniu: dwojakie ekstremum codziennego życia) – wszak bandyci w naszym kraju niewiele mają wspólnego z rozbojem na widłach rozdroży, a odznaczają się Polako-fobią i bestialstwem oprawców Popiełuszki, Baraniaka, Pileckiego i tylu, tylu Innych. Ci post-oprawcy nadal węszą za niszczeniem nas, Polaków.
Panią Anię, o której Zgierzanie mówią z sympatią i szacunkiem, zapraszam do współdziałania, chociażby przez pomniejszanie utrudnień – przecież Polską Sprawę Repatriacji, a także troskę o okolicę, mamy jedną i tę samą.

Brońmy się nawzajem od zatraty

Kultura

Tak samo, jak wielu innych ludzi, wierzę w życie pozagrobowe. Być może wyobrażenie Zaświatów w „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri jest bliskim prawdy przedstawieniem pozaziemskiej rzeczywistości?
Po śmierci Mamy próbowałam obrębić na domowej maszynie żałobne czarne apaszki. Maszyna wtedy odmówiła posłuszeństwa, jakby niewidzialna dłoń Zmarłej zatrzymała jej działanie.
Tata na tydzień przed śmiercią, chociaż już wówczas nie mógł samodzielnie zrobić po pokoju nawet kilku kroków, pod moją nieobecność wstał z łóżka, podszedł do kredensu i wyjął buteleczkę z wodą święconą. Byłam przekonana, że jeszcze długo będzie żył, więc powiedziałam mu tylko: „Lepiej schowajmy wodę z powrotem na miejsce, kolęda dopiero za miesiąc. Nie pomyślałam o wiatyku … . Mam nadzieję, że oczyścił się uczestnicząc, na pozór biernie, w modlitwie przed krzyżem podczas mszy niedzielnej, nadawanej przez radio. Jak umarł, po trzech miesiącach pojawił się w moich oczach późnym wieczorem podczas modlitwy. Siedział na jakimś krześle, w swoim znoszonym brązowawym ciepłym ubraniu i trząsł się z zimna.
Moja siostra Zośka zmarła niedawno, 18 czerwca. W ostatnich miesiącach życia widziałam w jej usposobieniu nawrót do znanej mi z lat naszego dzieciństwa dziecięcej łagodności i pogodnego nastroju. Bardzo cierpiała. Znów stał się dla niej ważny Pan Bóg, taki jakiego poznała w Kościele i na lekcjach religii, chociaż przestrzegała reguł, które zostały jej grubo ponad rok temu wpojone. Nie chciała różańca.
Cieszyła się, gdy ją odwiedziłam w jej mieszkaniu – dwa razy w styczniu tego roku. Potem już jej pilnowali, żebyśmy nie były same. Dopiero, jak poszła do szpitala, znów do niej przyszłam. Jak Ona bardzo się cieszyła, jak bardzo starała się być jak najlepszą młodszą siostrą! Przed i po jej śmierci niemal wszystko opanowała nikczemność tych, w otoczeniu których, jednych krócej lub innych dłużej, żyła od wielu lat. A to prawa do majątku, a to urządzona przez niektórych z nich „afera” na cmentarzu … .
W jakie szpony za życia trafiła? – zajrzyj Czytelniku do moich wcześniejszych wpisów, na przykład z maja w 2016 roku, napisany żeby powiedzieć, co wiem, że jest złe, zanim nastąpi ceremonia ślubna, w którą Ją wmanewrowano. Ją i resztę Rodziny ze strony naszego Taty. W styczniu zaprosiłam Zośkę na mój Blog, schowawszy najpierw niektóre jego fragmenty. Teraz odkrywam je z powrotem, bo przecież Zofia Dobrogoszcz była z natury dobrym człowiekiem, słabą kobietą, którą na podobieństwo filmowej snajperki posługiwali się zwyrodnialcy, choć nie mogli jej nakazać, żeby strzelała.
Modliłam się za nią, prosiłam o modlitwę innych ludzi. Przez niemal dziesięć dni po tym jak odeszła, czułam jakąś pustkę, jakby stało się, albo miało się z Nią stać coś złego. Nie mogłam sobie Jej wyobrazić. Raptem pojawiła się – gdy o Niej myślę, stoi, pogrążona jakby w półśnie, spokojna i łagodna. Trzeba się dużo za Nią modlić, bo zaznała ziemskiego zła i będzie potrafiła z Zaświatów doglądać ziemskiego ładu – tego, co było w Jej sercu dobre, ludzkie i cywilizowane. Bo przecież może i Adam Naruszewicz miał rację pisząc: ” Nie tak nas twardym snem Kloto ujęła …”.

Koniec wieńczy dzieło

Kultura

Po pierwsze: mamy problem z niewielkim rodzinnym majątkiem, który dotyczy rolnej działki „za drogą” o powierzchni ok. 16000 m kw. oraz zrujnowanego – a przez to kosztownego – stuletniego drewnianego domu i budynków gospodarczych na sąsiedniej, częściowo zabudowanej działce.
Po drugie: Zgierz, miasto położone w łódzkiej aglomeracji, jest atrakcyjnym miejscem dla repatriantów ze Wschodu, mądrych, uczciwych, szybko aklimatyzujących się w Polsce ludzi, którzy przynoszą wiele autentycznego dobra tam, gdzie zdecydują się osiąść. Zgierz, miasto z bramą gotycką w herbie, bardzo potrzebuje takich mieszkańców..
Po trzecie: w moim sąsiedztwie, „za stawem”, mieszka Pani Ania, mądra kobieta. Tak mówią o Niej Zgierzanie. Przecież Pani Ania mogłaby, jeśli zechce, wiele zrobić dla naszej wspólnej Polskiej inicjatywy, której patronuje Pani Anna Maria Anders.
My, uprawnieni do zadecydowania o niewielkim rodzinnym majątku, stanowimy kilkunastoosobową grupę osób i nie wszyscy myślą tak samo. Niektórzy celowo są podbuntowywani przez cwaniaków, chcących w Zgierzu mieć rozrywkę, ubaw i nie wiadomo co tam jeszcze. Tereny położone blisko granicy z Łodzią, to dla nich okazja do zbicia niezłego majątku i żeby się to powiodło, posługują się metodami „nowych kamieniczników”, nękających ludzi, żeby wyrugować ich z miejsca bytowania. Większość z nas odrzuca perspektywę, że wtargną na ziemię Babci i Dziadka wyrachowani, bezwzględni, skłonni do oszustw i intryg osobnicy, którzy dążą do zagarniania polskich nieruchomości. Pragniemy, żeby był spokój i uczciwość jak za dawnych lat.
Repatrianci pogodziliby wszystkich, to pewne. Możemy liczyć, jak sądzę, na wsparcie medialne i prawnicze radiowej Jedynki, z natury zaangażowanej w tak ważne dla Polaków dzieło. Może dołoży się też tych kilka „czerwcowych pików, których wystarczyło”, żeby coś sfinalizować. Przecież to „koniec wieńczy dzieło”, nawet jeśli do jego stworzenia wiedzie wyboista miejscami droga.
Od czegoś trzeba zacząć. Na początek proszę zainteresowanych, uczciwych ludzi o telefoniczny kontakt- tel. 723 260 600 (jeśli nie odbiorę połączenia, nie oddzwaniam)
Z pozdrowieniami – Janina Barbara Sikora, Latarnik Polski Cyfrowej.

Warzyła sroczka jagiełki

Kultura

Warzyła sroczka jagiełki. Temu dała na łyżeczce, temu dała na miseczce, temu dała w dzbanuszeczku … . Wierszyk – zabawa, jedna z naszych pierwszych wspólnych zabaw, gdy delikatnie chwytałam po kolei każdy paluszek maleńkiej rączki, a na koniec było: „frr – poleciała!” i radosny śmiech córeczki.
Szukam w pamięci zdarzeń, które dopełniały nierozerwalne więzi między mną i moimi córkami. I nie mogłoby być takiego ich postępku, żebym ich nie broniła, nie tłumaczyła ich przed ludźmi, bo przecież każda matka kocha swoje dzieci zawsze i wiernie. I nigdy nie było takiego ich postępku .
Są też inne więzi rodzinne, bardzo silne więzi siostrzane. Gdy Zosia zadzwoniła do mnie w czwartek, powiedziałam jej: nic nie mów, wiem, że to dla ciebie męczarnia. Tylko słuchaj. Modlimy się za Ciebie i pomagamy Ci, jak tylko jest to możliwe. Ty też módl się do Pana Boga i myśl o tym, co jest piękne i wspaniałe. Rozłączając się usłyszałam wypowiedziane bez wysiłku, z radością dziecka: Cześć.
„Warzyła sroczka jagiełki” i krople rosy w trawie, które błyszczą w słońcu jak małe brylanciki. Małe dziecko chciałoby je wziąć w ręce, lecz one znikają. Nic nie szkodzi, jest ich tak dużo. Popadało, więc jutro będą nowe, tak samo piękne. Niewyczerpane, łagodne, życiodajne piękno natury, dar Bożej dobroci dla wszystkich. Tak samo dobra jest matka, Boży dar dla dzieci, która ma zawsze dla nich dużo promyczków, nawet jeśli są schowane, gdy jest przygnębiona.
Siostra trwoży się na myśl o towarzyszu z kilkunastu ostatnich lat. Zagraża rodzinie. Zagraża jej siostrze i siostrzenicom. One takich nie znają, nie wiedzą, co to jest. Skłonności towarzysza i to, czego zaznała, potwierdzają urzędowe dokumenty z innych miejsc. Żeby tylko nie przyjeżdżały teraz. Dopiero później, jak będzie ład.
Wszyscy dziwią się, jak to było możliwe. Czy lekkomyślność przeobraziła się w straszliwe, ofiarne „samobiczowanie”? Czy ta nieszczęsna kobieta, dobry człowiek, niosąc swój krzyż, stała się tarczą, która osłania innych?
Nikt nie powinien chcieć, żeby takie krzyże były. My mamy się temu przeciwstawiać!

Dwojakie ekstremum

Kultura

Wakacyjny sezon w Laladze zapowiada się dobrze.Do pensjonatów i hoteli napłynęło dużo zamówień. Sanatorium wprowadziło nowoczesną metodę leczenia depresji z zastosowaniem specyfików produkowanych w miejscowej firmie. Marta, Elżbieta i Juliusz często o tym rozmawiają. Wszyscy mają teraz mnóstwo pracy, która powinna przynieść radość i wypoczynek zarówno turystom, jak i rekonwalescentom, wzbogacając kasę miasteczka i jego mieszkańców.
Z nastaniem wiosny Zuzanna zajęła się swoim ogrodem. Nowy nabytek, pnąca herbaciana róża, wypuściła już pędy. Żeby tylko nie wdały się mszyce. Może w tym roku odstraszy je woń lawendy. Białe, rozłożyste, z fioletowymi koszyczkami pośrodku kwiaty powojnika na cienkich łodygach ułożyły się wśród gęstwiny liści jak w dziękczynnym wieńcu. Zuzanna uśmiechnęła się. Od zeszłego roku roślina nie dawała jej spokoju: obawiała się, że straciła gatunek o białych kwiatach Gdy któregoś lata nornice uszkodziły korzenie, zachowały się obydwa : biało- i fioletowo-kwiatowy. Pnącze zmarniało, lecz wkrótce wzmocniło się i znów mogło cieszyć oczy. Zeszłej wiosny została przegryziona tuż przy ziemi jedna z łodyg, które ułożone w wiązkę pięły się wzwyż na drewnianej podpórce. Powojnik zaczął okrywać się liśćmi i miał już pierwsze pąki, których część szybko zwiędła, uschła.i później kwitł tylko na fioletowo.
Co mogło spowodować przerwanie łodygi? Może przegryzł ją duży ślimak? Pełno ich tu wszędzie, Zuzanna zbiera je i wynosi na dziko rosnące pokrzywisko. Dzięki temu nie zniszczą ogrodowych roślin, a w leśnym ekosystemie będą pożyteczne, służąc ptakom za pokarm. W jej ogrodzie nigdy nie używano chemicznych trucizn, które niszczą szkodniki drzew i innych roślin. Jutro trzeba koniecznie usunąć porażone przez mszyce liście i gałązki, ale ten przykry zabieg ochronny zostanie nagrodzony widokiem pszczół, gdy uwijają się na rdestach i różanecznikach, zbierając swój pożytek. Czy prowadzenie ogrodu, w którym nie ma chemicznych oprysków i uczestnictwo w recyklingu wystarczą, żeby nazywać siebie ekologiem? Zuzanna uważa, że tak.
Siedząc w ogrodowym fotelu, wypiła ostatni łyk kawy i postawiła pustą filiżankę na brzegu stołu. Zaczęła czytać książkę, którą niedawno kupiła w księgarni na ul. Dobrych Obywateli. Nieznany jej współczesny autor w swym utworze pod tytułem „Dwojakie ekstremum” próbował zmierzyć się z odwiecznym problemem ludzkiej kondycji w jej skrajnościach „in plus” i „in minus”. Przeciętny człowiek, w pojedynkę czy w grupie, raz potrafi postąpić bardzo dobrze, prospołecznie, po ludzku, kiedy indziej znów bywa zły i nieprzyjazny. Czy ludzie niezłomni zawsze byli ideałami w swych poczynaniach? I jak należy postępować wobec oszustów, którzy udając smutek, rozpacz czy podziw, przez swą nikczemność stanowią zagrożenie dla ufnych kobiet, starszych osób i dzieci, które usiłują wykorzystać?
Akcja książki dzieje się w mieście dwa razy większym niż Lalaga. Motto „Wyrośliśmy na zgorzałej puszczy. Obyśmy teraz w perzynę nie zostali obróceni.” Początek jest smutny, ale może dalej pojawi się optymizm i nadzieja na lepsze jutro? Co za przyczyny sprawiły, że autor spogląda na mieszkańców miasta z taką dezaprobatą? Zachłanność, nieuczciwość i zakłamanie przedsiębiorców? A może też polityków? Już nic nie znaczy tradycja, a dom narażony na włamania przestał być schronieniem. Cwaniacy bez opamiętania chcieliby zawładnąć tymi ludźmi, których nie boją. Tu nie ma równowagi takiej, jak w ekosystemie.
Na szczęście radosny świergot leśnych ptaków łagodzi książkowe smutki. W tamtym roku dwa wyrośnięte czarne koty wdarły się do gniazd i dziupli w koronach wysokich drzew. Parę razy rozległ się żałosny ptasi krzyk i świergot zamilkł. Jednak przyroda szybko potrafiła naprawić skutki tragedii, spowodowanej przez udomowione potwory. A ludzie?

Z pewnością może się to na coś przydać

Kultura

Maj w Laladze rozpoczął się przymrozkami. Ogród i jabłoniowy sad, otoczone zaporą wysokich leśnych drzew, dobrze zniosły „wczesnych ogrodników z zimną Zośką”. Teraz, gdy nastały już majowe upały, rośliny rozzieleniły się i kwitną, a wokół rozbrzmiewa ptasi śpiew, Zuzanna zabrała się za pisanie nowego opowiadania.
Ma już stałych czytelników. Od czasu jak jej bratowa, Maria, zrobiła w bibliotecznym komputerze zakładkę „Blog Zuzanny”, osiedlowi emeryci – pasjonaci czytania książek, którzy niemal codziennie przychodzą do czytelni, żeby czytać prasę i zajrzeć do Internetu, pytają teraz: „Jak tam blog? Jest co nowego?”
Mieć fanów – to narzuca pewien obowiązek, ale nie może wprowadzać rygoru systematycznego pisania czegokolwiek. Ważniejsza jest treść i forma. Dzieją się ważne sprawy, a ludzie, których one dotyczą, powinni się nawzajem wspierać. Słowo pisane, to nie jest wszystko, co ona, emerytowana nauczycielka, miała innym do zaoferowania. Ostatnio przez trzy lata jako wolontariuszka współuczestniczyła w akcji umacniania i polepszania ogólnej kondycji osób starszych dzięki nauczeniu się, jak korzystać z Internetu. Każdy mógł się przekonać, że nie tylko komputer, ale także pojawiająca się wszędzie elektroniczna nowoczesność: biletomaty, informatory, bankomaty – to łatwizna.
Innym obliczem nowoczesności jest reklama, której Zuzanna stara się nie ulegać. Słuszne jest życzliwe popieranie dobrych przedsiębiorców, ale w jej tekstach tego raczej nie ma. Twórcy reklam w zasadzie są w porządku. Starają się zainteresować ludzi tym, co ma być sprzedane i naprawdę potrafią to zrobić. Lubi pogodne, nadawane za dnia filmiki, kolorowe i zabawne, które łatwo wpadają w pamięć. Od czasu jak zaczęła je oglądać, przed wyjściem na zakupy robi listę sprawunków. Dzięki temu nie gromadzą się w domu niepotrzebne, znane z reklam rzeczy.
Pojawiło się sporo nowych możliwości, które starszyzna zaakceptowała i przyjęła. Wyraz „starszyzna” jest tu jak najbardziej właściwy, bo przecież doświadczenie i wiedza starszych sprawiają, że wnoszą oni wiele dobrego na portalach społecznościowych, mądrze redagują hasła w Wikipedii i znakomicie rozwijają medialną rzeczywistość Internetu.
Miarą dobrej kondycji jest aktywność i gotowość pomagania innym. Upowszechniło się teraz dużo nowości, dzięki którym żyje się łatwiej. Aktualne, rzetelne informacje urzędowe i możliwość załatwiania spraw prezentowane są ogólnie zrozumiałym tekstem na internetowych stronach urzędów i instytucji. Już nie trzeba mieć znajomej czy krewnej „pani Madzi” w odpowiednim biurowym referacie, żeby wiedzieć, co się dzieje w przepisach albo jak cokolwiek załatwić. Ograniczone zaufanie i ostrożność w Internecie są konieczne tak samo, jak w zwykłej rzeczywistości.

The road Mary’s Grandfather

Kultura, Kultura i sztuka

A few houers Mary was painting lime the apple trunks in her garden on a warm February day. She felt she was tired and decided to have relax outside at noon. She lay down in a sunbed comfortably to turn her face to sun. She had been so hard tired she fell asleep in a moment. She dozed the all houer to undergo a benign action a beaming mass in a air of a coruscate snow which was becoming as hard as a grits and was beginning to melt.
The mass … .Mary has just finished her geo-art project that she entitled: „The road of our Grandfather”.He was the good man, the respectable and enterprising man.
On a family agricultural land Mary hat cut dawn a thicket of tall thyn birches for two weeks. The narrow road hat appeared anew. The north – south way of the road is a essence Mary’s project. Everybody who would go to the road on a sun day will be undergoing the benign action of natura to absorb this positive lucency and worm and to feel a good positive cheer. Mary is going to invited Susan to the walk.
Preferably the walks should by dodged in a noon heat time in the summer: global worming make we have in Poland Africa heat then.

Droga Dziadka Marii
Ciepły lutowy dzień sprawił, że w południe, po kilku godzinach malowania wapnem jabłoniowych pni, Maria postanowiła zrobić sobie odpoczynek na powietrzu. Wygodnie ułożyła się na leżaku, wystawiając twarz do słońca. Była tak bardzo zmęczona, że wkrótce zapadła w drzemkę. Spała godzinę, poddając się dobrotliwemu działaniu promieniejącej gęstwiny w aurze skrzącego się śniegu, który powoli stawał się kaszowaty i zaczynał topnieć.
Gęstwina … . Maria właśnie ukończyła swój geo-art projekt, który nazwała: „Drogą naszego Dziadka”. Był dobrym człowiekiem, szanowanym i przedsiębiorczym .
Na rodzinnej działce rolnej, po usunięciu gęstwiny wysokich drobnych brzózek pojawiła się na powrót wąska droga. Jej północno – południowy kierunek stanowi istotę projektu Marianny. Każdy, kto znajdzie się na tej drodze w słoneczny dzień, poddając się dobrotliwemu działaniu natury, będzie chłonął tę pozytywną, naturalną świetlistość i ciepło, co sprawi, że zrodzi się w nim uczucie dobrej, pozytywnej radości. Mary ma zamiar zaprosić na taką przechadzkę Zuzannę.
Tych spacerów raczej powinno się unikać latem w porze południowych upałów: globalne ocieplenie sprawia, że wówczas w Polsce mamy afrykański skwar.

Droga dziadka Władysława

Kultura, Kultura i sztuka

Droga Dziadka Władysława
Ciepły lutowy dzień sprawił, że w południe, po kilku godzinach malowania wapnem jabłoniowych pni, Marianna postanowiła zrobić sobie odpoczynek na powietrzu. Wygodnie ułożyła się na leżaku, wystawiając twarz do słońca. Była tak bardzo zmęczona, że wkrótce zapadła w drzemkę. Spała godzinę, poddając się dobrotliwemu działaniu promieniejącej gęstwiny w aurze skrzącego się śniegu, który powoli stawał się kaszowaty i zaczynał topnieć.
Gęstwina … . Marianna właśnie ukończyła swój geo-art projekt, który nazwała: „Drogą dziadka Władysława”. Był dobrym człowiekiem, szanowanym i przedsiębiorczym.
Na rodzinnej działce rolnej, po usunięciu gęstwiny drobnych, pnących się ku słońcu brzózek, pojawiła się na powrót wąska droga. Jej północno – południowy kierunek stanowi istotę projektu Marianny. Każdy człowiek, który znajdzie się na tej drodze w słoneczny dzień, poddając się dobrotliwemu działaniu natury, będzie chłonął tę pozytywną naturalną świetlistość i ciepło, co sprawi, że zrodzi się w nim uczucie naturalnej, czystej, pozytywnej radości.

DSCF3860

Jestem, więc myślę

Kultura

Oni dziękują Rzeplińskiemu, że taki praworządny i sprawiedliwy. Przecież część sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy jak wszyscy są kompetentnymi ludźmi stojącymi na straży przestrzegania Konstytucji, nie zgadzają się z tym prezesem. Poza tym – czy jest w porządku, że rząd PO nie skonfliktowany z TK Rzeplińskiego, tolerował na przykład podejrzane przejmowanie warszawskich kamienic czynszowych, a później doprowadzanie do wyrzucania z tych mieszkań dotychczasowych lokatorów. Ich obrończyni straciła życie, teraz okazuje się, że została zamordowana, a jej ciało podpalono.
Poprzedni rząd, zmniejszając wysokość tak zwanych ubeckich emerytur, co miałoby uniemożliwiać inne uregulowania w tej mierze, zamaskował problem potężnych środków przeznaczanych co miesiąc na te świadczenia. Dla której części polskich obywateli najważniejszy jest szkielet prawniczej procedury, z którą w razie słusznej potrzeby europejskie rządy potrafią się uporać, aby przeprowadzić sprawy zasadnicze. Dla Polski, z której od czasów drugiej wojny światowej do teraz straciliśmy kilka milionów przedsiębiorczych obywateli, a ci, co zostali, łożą na uprzywilejowanych cwaniaków i z niepokojem patrzą w przyszłość, zasadnicza jest ogólnospołeczna sprawiedliwość i rozwaga, a więc solidarność – rządu z większością narodu.
Czy 500+ jest rozdawaniem pieniędzy? Przecież w wielu krajach Europy stosowane są podobne rozwiązania, które nie upokarzają i sprzyjają umacnianiu się ludzi i rodzin.
Analogicznie rzecz biorąc: czy nie jest rozdawnictwem pieniędzy z państwowej kiesy wypłacanie emerytur i świadczeń, teraz objętych ustawą dezubekizacyjną? Dlaczego dla tych obywateli ma być stosowany specjalny przelicznik, według którego powstaje bardzo wysoka kwota, wypłacana tym ludziom, o „kulturze” których wypowiedziało się wielu Polaków, na przykład Bareja w swoich filmach, ukazując ich ordynarność, dwulicowość, rozpasanie seksualne, tępotę umysłową, prosowiecką służalczość. Dopełnienie ich wizerunku stanowi hekatomba z ofiar – Polaków, pomordowanych przez aparatczyków z tamtej warstwy w okresie stanu wojennego i w innych latach po II wojnie światowej.
Ci cwaniacy i ich poplecznicy stanowią osobną warstwę społeczną, z którą nikt sprawiedliwy nie chce się identyfikować ani rozdawać pieniędzy z państwowej kasy na ich wywindowane emerytury. Można mieć nadzieję, że dzięki dezubekizacyjnej ustawie roku 2016 zniknie przynajmniej jeden z aspektów tego rozwarstwienia.
Dobrobyt w czasach PRL doprowadził w rezultacie do podwyżek cen, strajków, represji i śmierci wielu spośród protestujących wówczas Polaków. W latach osiemdziesiątych mieliśmy kartki na żywność i kilometrowe kolejki po towary konieczne do codziennego życia.
Bezpłatne studia i opieka służby zdrowia są nadal: jedni ludzie pomagają innym ludziom w ramach zatrudnienia albo kontraktu. Czy ja w dzisiejszych czasach obrałabym drogę związaną z odbyciem studiów wyższych? Moje córki poszły tą drogą, więc ja, będąc w ich wieku pewnie postąpiłabym tak samo. Z tą różnicą, że moje odniesienie do wielu spraw byłoby inne. W czasach mojej młodości była urabiana opinia, że wszystko, co polskie, jest byle jakie – szkoły także. Z żalem muszę się przyznać, że należałam do ludzi, którzy tej opinii ulegli. Błędy młodości, które każdemu mogą się zdarzyć, naprawiam teraz tak, jak to jest możliwe. Staram się służyć temu, co może pomóc innym ludziom w myśl odwiecznej zasady – „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: chodź o własnych siłach”. Jako Latarnik Polski Cyfrowej, w moim rodzinnym mieście przez 3 lata propagowałam i przekonywałam ludzi, że wiek 50+ nie stanowi bariery dla aktywności i nowoczesności, która między innymi dzięki Internetowi jest dostępna dla każdej Polki i każdego Polaka, a wszystko to pomaga zachować dobrą kondycję, zwłaszcza umysłową, ratuje przed utratą samodzielności starczego wieku.
Dla mnie z kolei konkretną pomoc stanowi akcja „świątecznej paczki”, która pozwoli mi wytrwać przez kilka następnych miesięcy w realizowaniu tego mojego quasi-artystycznego sposobu bytowania. Życie jest, jakie jest i widocznie dla mnie miało tak właśnie się ułożyć. W każdym następnym roku będę musiała znaleźć ludzi, którym podaruję świąteczną paczką na Mikołajki czy na Święta.
Wszystkim życzę zdrowych, pogodnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku – Janina Barbara Sikora.

W Wigilię Zuzanna zamierza urzadzić rodzinne przyjęcie

Kultura, Kultura i sztuka

Susan is going to prepare a family party on Christmas Eve.

By the Christmas Eve Susan will have been living in Lalaga for thirty years. She know all inhabitants in this small town. Christmas will be in two weeks. Now it’s reigning hollyday mood everywhere. Susan is going to buy presents for nine persons: for the family of her sister-in-law Mary and for the niece Ann. If they will receive fulfilling gifts, they all are more cheerful.
Susan has worked as a teacher. She has been retiring since October of this year. She went to Greece on hollyday in the summer. The beautiful hollyday was expensive and by December Susan’ll have been looking forward to every retirement date for two months. She’ll go in the shopping centre when she’s got it. The presents shouldn’t too expensive, but it all must be nice and usable.
Ann phoned yesterday. She said she’d probably go by car. She think she’ll get by car  the most quickly here. Yet it’s cold and it’s snow. It’s slippery on roads. She’ll have to  go slowly. Ann is pregnant and she shouldn’t overwork. Susan suggested let her go by bus.
She’ll have come by the 20.th of December to Lalaga. She’ll be preparing south room for Ann. It’s been snowing for two days. Snowy landscapes which are seen in the windows of this room will coruscate beautiful when Sun has shined.

W Wigilię Zuzanna zamierza urządzić rodzinne przyjęcie
W Wigilię Bożego Narodzenia mija trzydzieści lat odkąd Zuzanna mieszka w Laladze. Zna wszystkich mieszkańców tego małego miasta. Święta będą za dwa tygodnie. Teraz wszędzie panuje świąteczny nastrój. Zuzanna zamierza kupić prezenty dla dziewięciu osób: dla rodziny swej szwagierki Marii i dla siostrzenicy Anny.
Zuzanna pracowała jako nauczycielka. Od października tego roku jest na emeryturze. Tego lata spędziła urlop w Grecji. Urlop był wspaniały, lecz kosztowny i w grudniu miną dwa miesiące od czasu jak Zuzanna niecierpliwie wygląda każdego terminu swojej  emerytury. Pójdzie do centrum handlowego dopiero, jak ją otrzyma. Prezenty nie powinny być zbyt drogie, ale muszą być  ładne i użyteczne.
Wczoraj zatelefonowała Anna. Prawdopodobnie przyjedzie samochodem. Ona myśli, że samochodem dostanie się tu najszybciej. Przecież jest zimno i pada śnieg. Drogi są śliskie. Będzie musiała jechać powoli. Zuzanna poradziła jej, niech jedzie autobusem.
Anna przyjedzie do Lalagi nie później niż 20 grudnia. Przygotuje dla niej południowy pokój. Od dwóch dni sypie śnieg. Gdy zaświeci słońce, śnieżne krajobrazy, które widać z okien tego pokoju, pięknie się skrzą.

„Czy źle się wami zajmowaliśmy w stanie wojennym?”

Kultura, Kultura i sztuka

Podobne pytanie zostało postawione przez jednego z czołowych uczestników KOD-owego zebrania, które odbyło się w niedzielę, czwartego grudnia. Z głównego wydania dziennika Telewizji Polskiej w tym dniu dowiedziałam się też, że na 13 grudnia szykowane są manifestacje tych środowisk w całym kraju, bo Polska jest bardzo źle rządzona.

Gdyby rządzenie naszym krajem było złe, nastąpiłoby pogorszenie oceny specjalistów, których opinią kierują się silni inwestorzy. W ubiegłym tygodniu podwyższyli oni ocenę stanu gospodarki Polski.

Dlaczego więc KOD posługuje się nieprawdą? A może przyczyną jest to, że mamy dwie kategorie polskich obywateli, a jedną z nich stanowi ludność nawykła do uprzywilejowanych warunków płacy i życia, które wynikają nie z pracy, a z tak zwanych układów. Ten nawyk ciągnie się niewątpliwie od czasów PRL i jest chętnie naśladowany przez tych, którzy teraz są podobnych w „układach”. W Polsce Ludowej służby specjalne i wysoko postawiony aparat partyjny korzystały z przywilejów, jakimi były na przykład bardzo wysokie wynagrodzenia, możliwość łatwego nabycia deficytowych dóbr (mieszkania, samochody itp.), zakupy w specjalnych sklepach, zaopatrywanych w niedostępne dla większości polskiego ludu towary, produkowane w Europie Zachodniej. Dla tej uprzywilejowanej części obywateli w drugiej połowie 2017 r. zostaną obniżone w znaczący sposób warunki zusowskiej płacy, które w pewnym stopniu przybliżą je do poborów większości Polaków, zaliczających się do „drugiej kategorii”. Może to właśnie stanowi zasadniczą przyczynę, dla której KOD usiłuje namówić Polaków do manifestacji 13 grudnia. Będą później liczyli, ilu protestujących ludzi wyszło na ulice, a w mediach zagranicznych wszystko to zostanie przedstawione jako dezaprobata społeczna wobec rządzących.

Aparatczycy, którzy „zajmowali się Polakami” podczas stanu wojennego, stworzyli nam niewolnicze warunki życia. My, wszyscy nieuprzywilejowani Polacy którzy żyliśmy w tamtych czasach, dobrze pamiętamy ten upokarzający, kilkuletni okres zniewolenia. Musiało być przecież tak, żeby Związek Radziecki nie wątpił w radykalne posunięcia ówczesnego rządu. Gdyby było inaczej, kto wie, co mogłoby się zdarzyć? Drugie Węgry z 1956 r.? A może to, co Rosja zrobiła z Ukrainą w ciągu ostatnich lat? Tam, gdzie ten kraj interweniuje, zabijana jest ludność cywilna, jakby życie matek, dzieci starców i ludzi w sile wieku stanowiło dla niego przedmiot do osiągnięcia celów, a jednym z nich jest nieludzkie dążenie do wykazywania samemu sobie swej mocarstwowości.

Wystarczy wyobrazić sobie atak wojsk, sterowanych przez Związek Radziecki lat osiemdziesiątych, na ogromne miejskie osiedla ludności cywilnej, na przykład w Warszawie czy Łodzi, w zimę podczas dwudziestostopniowych mrozów, i ludzi: rodziny z małymi dziećmi, starców, chorych, ludzi w sile wieku – jak wszyscy, którzy nie zginęli podczas bombardowań, umierają z powodu mrozu.

Należę do tej nieuprzywilejowanej kategorii Polaków, którzy uważają, że stan wojenny był mniejszym złem, ponieważ Polsce groziła interwencja Związku Radzieckiego. Przecież wojsko sowieckie stacjonowało na terenie Polski. Lepiej nie rozważać, jak w sytuacji sowieckiej inwazji „zajmowaliby się” Polakami aparatczycy, którzy „zajęli się” nami w stanie wojennym.

Mądrzy ludzie mówią, że każdy przewrót prowadzi do przeobrażeń pozornych, a ci, którzy dzierżyli władzę, pilnując swoich przywilejów gotowi są sięgać po najbardziej ohydne metody. Robienie nam wody z mózgu należy do najmniej warcholich poczynań, bo przecież staje przed nami wybór, można iść na taki kodowo-postubecki capsztyk, albo nie.
Intencje osób rządzących krajem są widoczne – liczą się fakty, konkretne warunki życia, jakie wszyscy mamy dzięki ich i naszym własnym staraniom.

Nikt nie chce łożyć na potężne emerytury byłych esbeków i innych polskich obywateli , którzy służyli – i wygląda na to, że wielu z nich nadal służy – strategicznym interesom zagranicy, a nie Polski. Nikt nie chce wychodzić na ulice miast w proteście, wbrew swojemu ludzkiemu tradycyjnemu dobru.

O równości obywateli polskich

Kultura

Dązenie do równości to także poprawianie kondycji materialnej tych Polaków, którzy w wyniku przemian w naszym kraju zostali skazani na łaskę i niełaskę niby-elit i powiązanego z nimi otoczenia. To te środowiska od ponad ćwierć wieku ustawiają się nawzajem na różnorodnych szczeblach działalności. Przecież już od początku przemian w latach dziewięćdziesiątych panowało ogólne przekonanie, że wszędzie istnieją sitwy, które nikogo „spoza” nie dopuszczą do niczego: nie każdy może z powodzeniem prowadzić działalność gospodarczą, nie każdy może zachować swój uczciwie wypracowany majątek, nie każdy będzie mógł się kształcić, a Polaków wykształconych trzeba niszczyć … . Zwłaszcza ta ostatnia „maksyma” wywodzi się ze środowisk peerelowskich, które miały za cel zsowietyzowanie Polski. Skąd się to wszystko bierze?
„Inaczej zaczynam patrzeć na nagłą zmianę rządu Jana Olszewskiego.” – cytat z książki Jana Osińskiego p.t. „Zbigniew Religa Człowiek z sercem w dłoni”, rozdział „Złowiony przez politykę”. Po ujawnieniu, że ówczesny prezydent Lech Wałęsa chce utrzymania wojsk radzieckich na terenie Polski, nastąpiła nagła zmiana rządów i prezydent ogłosił nadzwyczajne wybory do Sejmu. W opinii i odczuciu Polaków wybory te na nowo wprowadziły do Sejmu rzesze pospezetpeerowskich aparatczyków z całego kraju.
Jeśli teraz poseł na Sejm czy inny działacz rozprawia o zaistnieniu nierówności Polaków wobec prawa w związku z proponowanym rozwiązaniem sprawy odliczania kwoty wolnej od dochodu, nie powinien liczyć na to że my, Polacy, będziemy ignorowali jego przewrotność. Podobna dwulicowość zresztą już nie raz ujawniła się w poczynaniach zwolenników KOD-u: to oni zmierzają do przywrócenia postpeerelowskiego panowania rozmaitych, często pozbawionych elementarnej moralności karierowiczów, niegdyś nazywanych kacykami,którzy w dzisiejszej rzeczywistości troszczą się wyłącznie o siebie i wyciąganie jak największych profitów czy zysków kosztem zatrudnionych w ich przedsiębiorstwach ludzi.
Uważam, że uregulowanie zasad funkcjonowania kwoty wolnej od podatku dochodowego, zaproponowane przez wicepremiera Morawieckiego, jest ze wszech miar słuszne i należy do tych działań, które prowadzą do naprawy Rzeczypospolitej.

A story for adults

Kultura, Kultura i sztuka

A story for adults
Sun novwmber day restores smile and gladness for peaple. Sorrows and worries have hidden in their grey nook. They aweit rainy weather and cold. But the strong Sun is sending tu Earth a multitudes rays. Every men collects providently them so that sorrows and worries don’t bothers us. If the peaple have much ray, it will be easy a thing which one ought to cope. Then small talk Polens will be almost same discret as Britishers and on question:
– Hi! What’s up?
every man will be replying:
– Fine, thank you. Keep it up. And you, how are you?
– Well, thank’s. Good luck! Good health! Goodbye!
– Same to you! Goodbye!

Have a nice day! – Janina Barbara Sikora.

Bajka dla dorosłych

Słoneczny listopadowy dzień przywraca ludziom uśmiech i radość. Smutki i troski schowały się w swoich szarych zakamarkach. Czekają na słotę i zimno. A silne Słońce przysyła na Ziemię mnóstwo promyków, które wszyscy skrzętnie zbieramy, żeby te różne smutki i troski nie zawracały nam głowy. Jak ludzie będą mieli dużo promyków, to sprawy, którym trzeba podołać, nie będą takie trudne. Wówczas rozmowy Polaka i Polki z Polakiem czy Polką będą prawie tak samo dyskretne jak między Anglikami, i na pytanie:
– Cześć! Co u Ciebie? Co u Was?
każdy odpowie:
– Dziękuję, dobrze i oby tak dalej. A Ty, jak się masz?
– Dzięki, też nieźle! Wszystkiego dobrego, dużo zdrowia! Do widzenia!
– Nawzajem,.do widzenia!
A ja postaram się przetłumaczyć tę moją bajkę na angielski! Życzę wszystkim miłego dnia – Janina Barbara Sikora.

Bajka dla dorosłych

Kultura, Kultura i sztuka

Słoneczny listopadowy dzień przywraca ludziom uśmiech i radość. Smutki i troski schowały się w swoich szarych zakamarkach. Czekają na słotę i zimno. A silne słońce przysyła mnóstwo promyków, które wszyscy skrzętnie zbieramy, żeby te różne smutki i troski nie zawracały nam głowy. Jak ludzie będą mieli dużo promyków, to sprawy, którym trzeba podołać, nie będą takie trudne. Wówczas rozmowa Polaka i Polki z Polakiem czy Polką potoczy się nie gorzej, niż między Anglikami i na pytanie:
– Cześć! Co u Ciebie? Co u Was?
Każdy odpowie:
– Dziękuję, dobrze i oby tak dalej. A Ty, jak się masz?
– Dzięki, też nieźle! Wszystkiego dobrego, dużo zdrowia! Do widzenia!
– Nawzajem. Do widzenia!
A ja postaram się przetłumaczyć tę moją krótką baśń na angielski! Życzę wszystkim miłego dnia – Janina Barbara Sikora.

Bez różnicy

Kultura

Od pewnego czasu jesteśmy informowani przez media o potężnych wypłatach z naszej polskiej wspólnej kasy na rzecz mataczy na warszawskich nieruchomościach. Zamieszani są w to politycy, prawnicy, urzędnicy, stróże prawa … W wyniku teraźniejszych uwłaszczeń i rugowania polskich obywateli z ch mieszkań mamona płynie wartkim strumieniem. Ludzie, którzy są bezbronni, tracą swój dorobek. Jak bardzo rzadzi już u nas niegodziwie zyskany pieniądz i okołtuniałe: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”?

Nie da się nie zauważyć pewnych wspólnych cech u przedsiębiorczych cwaniaków, którzy zajmują się na przykład przewłaszczaniem nieruchomości albo poczynaniami niszczącymi ludzi przez zapewnianie im narkotyków. Po pierwsze zyskowność – i być może rugobiznes jest nawet zyskowniejszy od narkobiznesu. Poza tym jeden i drugi prowadzi do szerzenia się demoralizacji, powoduje ludzkie i rodzinne tragedie. Tu i tu działają w powiązaniu ze sobą wielonarodowościowe grupy.

Umacnia się kasowo kasta wojewodów, poza którą istniejemy my, którzy stanowimy, intuicyjnie szacując, społeczną warstwę około trzydziestu milionów polskich smrodów. Wyróżnia nas to, że – jak wierzę – „jeszcze w zielone gramy …”

Od wielu, wielu lat w dobrej wierze posiadam i zarządzam moją, położoną w obrębie miasta niewielką prywatną nieruchomością rolną, która stała się przedmiotem zainteresowania inwestorów z rugobiznesu. Dzielnie stawiam im czoła. Właściwie od wielu lat trwa przeciwko nim nasz – niewojewodów – pewien rodzaj wojny obronnej. Wielu Polaków wie, że spolegliwość wyzwoli lawinę nieuczciwych i niegodziwych poczynań krętaczy i bandytów, zagrażających narodowi gorzej, niż zwykły okupant.

My, którzyśmy musieli się ujawnić, mamy w tej wojnie sposoby na przetrwanie, polegające na nieprzemysłowym wykorzystaniu dóbr przyrody. Zioła zamiast lekarstw, własne warzywa, przyprawy i przetwory. Niby zdrowsze, ale bardzo się trzeba przy tym napracować. Korzystam z dawnych dobrych rad mojej Teściowej, bo Mama podczas wojny przebywała w Reichu, więc nie zaznała biedy. Uczciwe Niemieckie Małżeństwo z berlińskiej hitlerowskiej administracji wybrało ją spośród więźniów trzymanych w Łodzi w miejscu, z którego szły wywózki do obozu koncentracyjnego. Oni woleli uchronić trójkę swoich maleńkich dzieci od opiekunki rodzimej, hitlerjugendowej.

Ostatnio w modzie są skojarzenia, wywoływane we własnym umyśle wskutek przeczytanych lektur i obejrzanych filmów. Zachęcam do poddania się oddziaływaniu – w dowolnej kolejności – książki „Zmowa nieobecnych” Marii Kuncewiczowej i filmu „Skorumpowani” (Sala Kinowa, dostępna poprzez legalnakultura.pl albo bezpośrednio z You Tube).

Sfery Profesora Tutki

Kultura

Moja krajanka, E.L., wraz z Zaśpiewem, mieszkanką krajowego Ośrodka Kultury, zaprosiły mnie, abyśmy podczas wykładu usiadły obok siebie. Zdziwiło mnie to trochę, ale się zgodziłam. Nawet nie przyszło mi na myśl, że można by zareagować inaczej.

Trwa wykład, na sali jest ponad pięćdziesięcioro słuchaczy, światło zgaszone, bo idą slajdy, a tu raptem: łup! Ktoś z notujących z całej siły tupnął nogą. Wykładowca odwraca się, spoglądając na studentów, na sali panuje spokój, jakby nic się nie stało. Po kilkunastu minutach sytuacja się powtarza, jakiś czas potem jeszcze raz.

Do wczoraj jedno nie dawało mi spokoju: dlaczego Zaśpiew, zawsze skromnie ubrana kobieta w średnim wieku, odziana w „bisior” dwa tygodnie później, podeszła do mnie wówczas podczas przerwy między wykładami i demonstracyjnie potraktowała mnie w obecności wielu studentów z pewnym lekceważeniem, jakby „z góry” .

Ostatnio myślę sobie o niejednym, wspominam, kojarzę to i tamto.

Postępowanie Zaśpiewu w „bisiorze” połączyło się w moich myślach z zachowaniem T.B. ze zgierskiej skarbówki. Ta, gdy już w końcu została kierowniczką, wezwała mnie i jeszcze jedną urzędniczkę, a gdy znalazłyśmy się w jej pokoju, usiłowała mi demonstracyjnie zarzucić, że okradłam Dorotkę Szymczak. Zareagowałam od razu odpowiadając:przecież to ty ją okradłaś!, po czym wyszłam z tego jej pokoju.

Dopiero wczoraj zrozumiałam pretensjonalne, niezrozumiałe dla mnie postępowanie Zaśpiewu. Jej także nie wystarczało nie do końca jasne przeświadczenie koleżanek i kolegów ze szkolnej ławy, dotyczące zaistniałego zdarzenia z tupaniem. Analogicznie jak T.B. usiłowała demonstracyjnie świadczyć przed innymi, że to nie ona tupała, lecz ja.

Czy opiniotwórczy, obcy, niepolski schemat postępowania: winien jest poszkodowany, a nie ten, kto szkodę uczynił i niegodziwie osiągnął zysk – doprowadził do sytuacji, że już nigdzie nie ma sfer Profesora Tutki? Jak się ma teraz takie społeczeństwo?

W „mieście skarbówki” zaczyna coraz bardziej panować społeczny nieład. Zaczynają grasować sfory mataczy na nieruchomościach naśladujących poniekąd stołeczne wzory, i sfory łapaczy robotników. Oni chcieliby ogałacać upatrzonych ludzi z różnych praw, które mają obywatele naszego europejskiego, cywilizowanego kraju. Zrobić z kogoś takiego robotnika z wyższym wykształceniem i przerobionym życiorysem, to byłoby coś! Potrafiliby wyciągnąć na nim, nisko płatnym i kompetentnym, dużo więcej kasy niż na zwykłym pracowniku. Z kolei przedsiębiorcy uczciwi i osoby przez nich zatrudnione unikają ludzi z przerobionym życiorysem – nikt nie chce mieć do czynienia z tamtymi mataczami i łapaczami.

Uwaga: od kamyczka, do rzemyczka!

Krzewinki ozdobne w moim ogrodzie

Kultura

Wrzosy i wrzośce – rodzina wrzosowate (Ericaceae Juss.)
Któregoś roku natrafiłam w sklepie ogrodniczym na wiele odmian wrzosów. Kupiłam białe o żywozielonych listkach i różowe z listkami srebrzystoszarawymi, a także różowoczerwone wrzośce, których miękkie, igiełkowate listki mają ładną ciemnozieloną barwę..
Lubią słońce i kwaśną piaszczystą ziemię. Są roślinami okrywowymi. Podlewa się je tylko w czasie suszy. W moim ogrodzie dobrze rosną przy różaneczniku. Niektóre z nich posadziłam w sąsiedztwie borówki wysokiej. Po przekwitnięciu odcinam z gałązek uschłe kwiatostany.
Podczas tegorocznych zmian w ogrodzie, w deszczowe dni sierpnia przesadziłam moje wrzosy i wrzośce – poprzyjmowały się, ale nie są tak ładne jak te, których nie ruszałam.
Są wrażliwe ma silny mróz – przed nadejściem zimy okrywam je kwaśnym torfem.
Wrzosiec (Erica darleyensis)
Często można spotkać w naszych ogrodach wrzosiec wiosenny (czerwony), który kwitnie od lutego do kwietnia, oraz wrzosiec darlejski. Zależnie od odmiany, mają one kwiaty barwy białej różowej, czerwonej i liście od szaro- do rdzawozielonych. Moje wrzośce, o ciemnozielonych, delikatnych, igiełkowatych, zebranych w okółka listkach, w porze kwitnienia obsypane są drobnymi, purpurowoczerwonymi kwiatkami – dzbanuszkami.
Wrzos pospolity (Calluna vulgaris)
Jest w ogrodzie od bardzo dawna. Początkowo rósł obok różanecznika, i co roku pojawiały się przy nich grzyby, które wyrzucałam – zawsze tak postępuję z grzybami, których nie jestem pewna.
Drobne, maleńkie listki wrzosów ułożone naprzeciwlegle, mają jasnozielony kolor i różowoliliowe kwiatki.
Ogólnie wiadomo, że wrzosy są miododajne – przyciągają pszczoły i wiele innych pożytecznych owadów. Listki i kwiaty wrzosu zwyczajnego działają przeciwzapalnie i nasennie, uspokajająco, ich moczopędne właściwości wspomagają leczenie nerek i dróg moczowych, pomagają też na wątrobę i przy reumatyzmie. Do suszenia ścina się górną część krzewinki, jak tylko zacznie kwitnąć – zwykle pod koniec sierpnia.

Lawenda wąskolistna (Lavandula angustifolia)
Gatunek rośliny z rodziny jasnotowatych. Półkrzew, osiągający 50 – 80 cm.
Grona drobnych różowoliliowych kwiatów kwitną w czasie letnich wakacji. Srebrzystozielone drobne listki pachną tak samo jak kwiaty, które mają ponadto właściwości lecznicze.
Stanowisko powinno być słoneczne, ziemia piaszczysta, wapienna (przed sadzeniem dodaje się kredę lub dolomit). Trzeba starannie odchwaszczać miejsca, w których rośnie; niezbyt dobrze toleruje zagłębienia – sadzimy ją na górce skiby.
Lawendę można sadzić w sąsiedztwie róż, albo w doniczkach razem na przykład z bratkami i stokrotkami. Zamierzam przekonać się, jak będą się tolerowały wzajemnie: lawenda z powojnikiem. Wymagania glebowe mają podobne.
Kształt lawendowej krzewinki uzyskujemy dzięki umiejętnemu przycinaniu, które polega na skróceniu o połowę wiosną młodej rośliny, posadzonej w poprzednim roku jesienią po ukorzenieniu się – dzięki temu wyrośnie sporo nowych pędów. W następnych latach lawendę należy przycinać dwukrotnie: najpierw wiosną, tnąc nierozkrzewione jeszcze roczne przyrosty tak, żeby krzew zachował kształt kępy, a następnie tuż po kwitnieniu, zbierając lawendę jako zioła lub na suche bukiety (kwiatostany plus 7 cm gałązki). Jeśli zabieg cięcia letniego zostanie przeprowadzony zbyt późno, rośliny te gorzej zniosą zimę. Starych, mocno zdrewniałych łodyg lepiej nie przycinać – mogą nie wydać nowych pędów. Staramy się nie dopuszczać do nadmiernego zdrewnienia krzewinki.
Warto zostawić kilka kwiatostanów, żeby lawenda się rozsiała. Aby wysiać nasiona na wiosnę, trzeba je poddać stratyfikacji (chłodzenie nasion polega na trzymaniu ich przez dwa miesiące w temperaturze 4 st. C; miesza się je najpierw z mokrym piaskiem).
Trzeba ją okrywać przed nadejściem mrozów, wówczas dobrze znosi niezbyt mroźne zimy. Koronę krzewinki można okryć sosnowymi gałązkami. Na wszelki wypadek jesienią warto jednak posadzić do doniczki krzaczek młodej lawendy i kilka gałązek, żeby się ukorzeniły w temperaturze pokojowej. Jeszcze inną metodą rozmnażania są odkłady.
Lawenda jest rośliną miododajną – chętnie przylatują do niej pszczoły, trzmiele i motyle; odstrasza mszyce i komary.
Wykazuje działanie przeciwskurczowe, uspokajające i antyseptyczne. Dobrze wpływa na żołądek, poprawiaj trawienie. Kwiaty na zioła powinno się zbierać, gdy już nabiorą barwy, zanim w pełni się rozwiną.

My, polskie elity. Po wielkiemu cichu.

Kultura

Zdaniem znawców tematu, prześladowcy mają chorą psychikę. Ten fakt jest oczywisty.
Nękacze, którzy prześladują mnie, chcą załapać się do sfer ekskluzywu i w nim przetrwać, jak wszyscy, którzy zgarnęli dużo „kapuchy”, czy dóbr, z których łatwo mogą taki pieniądz doić.
Od 1994 roku doświadczam różnych rodzajów nękania. Przyczyn może być wiele. Jak sądzę, wszystko to zmierza do osiągnięcia przez prześladowców celów, które uknuli na samym początku swojego procederu.
Posiadam wyższe wykształcenie. Jestem inżynierem włókiennikiem i po ukończeniu studiów  pracowałam w tym zawodzie w latach 1981 – 1992 w ZPW „Fresco” w Zgierzu. Następnie, po ukończeniu 23.06 1993 r. kursu w Centrum Doskonalenia Kadr Kierowniczych Ministra Przemysłu „DOSCO” w Łodzi, od 2 listopada 1993 do 31 lipca 1999 roku byłam zatrudniona w Urzędzie Skarbowym  w Zgierzu, który wówczas już został przeniesiony do budynków likwidowanego ZPW „Fresco” na dawnej ul. Waryńskiego, przemianowanej wkrótce na ul. Ks. J. Popiełuszki.
Chociaż byłam nienagannym pracownikiem i starałam się postępować zgodnie z obowiązującym Kodeksem Pracy i „koleżeńskimi” zwyczajami, które okazały się wkrótce szukaniem na mnie „haka”, od 1994 roku rozpoczął się wobec mnie proceder mobbingu: nękania i szkalowania mnie, nie mieszczący się w normie postępowania cywilizowanych ludzi, z którymi dotychczas było mi dane współpracować czy pośród nich przebywać. Pracowałam w referatach: Egzekucji (kierownik P.K.), Podatku dochodowego od osób fizycznych, na początku jako pracownik do przeprowadzania kontroli tego samego, co T.B., która bezpośrednio „nadzorowała” i przeprowadzała kontrole prawidłowości rozliczeń osób prowadzących działalność gospodarczą(!)( a jak pamiętam byli wśród nich także mieszkańcy Łodzi), korzystających z ulg na podstawie Rozporządzenia z 18 maja 1990 r w sprawie zwolnienia od podatku obrotowego i dochodowego podatników osiągających przychody z niektórych rodzajów działalności gospodarczej (z późn. zm.), (kierownik H.R., podległa M.B., z Głowna), referatu d/s Numeru Identyfikacji Podatników (kierownik A.W.M., z Łodzi), naczelnikiem był A.M., z Łodzi, jego zastępcą U.M. ze Zgierza. Ten mobbing był właściwie terrorem: wyglądało na to, że w wyniku zastraszenia, „zmęczenia materiału” – czyli sterroryzowania mnie, oczekiwano ode mnie postępowania w sugerowany sposób, na przykład żebym zwolniła się z pracy (m. in. zwolniłby się ceniony etat).
W latach 1999 – 2004  studiowałam, od 2000 r. jako „wolny student” (nie płaciłam czesnego), w Studium Zaocznym Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. W wyniku zastraszenia w Urzędzie Skarbowym w Zgierzu, przekonana że ich znajomości sięgają wszędzie, obawiałam się podjąć pracę w aglomeracji łódzkiej – i tak jest po dziś dzień. Utrzymywał mnie mój Ojciec – zajmowałam się pielęgnowaniem domu, ogrodu i naszego sadu, a Ojciec wypłacał mi z tego tytułu niewielkie kieszonkowe ze swojej emerytury (przez kilka lat prowadziliśmy nawet wspólne gospodarstwo domowe).
W okresie od stycznia 2013 roku do czerwca 2014 roku jako Latarnik Polski Cyfrowej realizowałam mój Lokalny Plan Działania, nagrodzony grantem w ramach programu Polska Cyfrowa Równych Szans, który prowadziło Stowarzyszenie Miasta w Internecie z siedzibą w Tarnowie: dzięki tej akcji wielka część Polaków w wieku 50+ dowiedziała się, że internetowa rzeczywistość należy nie tylko do młodych ludzi, ale także do nich. My. Latarnicy, wyjaśnialiśmy im, jak w tej rzeczywistości się znaleźć.
Od 2001 roku, odkąd zapadł wyrok o rozwiązaniu mojego małżeństwa z W.S., doświadczam nękania w domu, w którym stale mieszkam. Ja i moje dwie dorosłe już córki jesteśmy tu zameldowane od ponad trzydziestu lat. Dużo tu zainwestowałam i stale dbam o dobry stan tej nieruchomości, na której odbywa się produkcja rolna na potrzeby własne (niewielki sad jabłoniowy).
Aby dokonać jakichkolwiek zmian w nieruchomości, także rolnej, prawa osób dziedziczących w ramach współwłasności muszą być uaktualnione i wszyscy współwłaściciele muszą jednomyślnie wyrazić na to zgodę. Muszą oni respektować przy tym wszystkie skuteczne  ustalenia i rozporządzenia poprzednich właścicieli czy współwłaścicieli.
Posiadam dokumenty, na podstawie których potrafię wykazać, że jako córka nieżyjącego od 2014 roku K.M., jak też moje córki, posiadamy dziedziczne prawo do nieruchomości znajdującej się pod adresem naszego zameldowania, nie krzywdzące nikogo z pozostałych współwłaścicieli  gospodarstwa rolnego, w skład którego ta nieruchomość wchodzi.
Mogę przedstawić lub uzyskać kilka dowodów na wykazanie, że proceder nękania ma charakter uoprczywy, a nawet przestępczy i trwa kilkanaście lat. Po doliczeniu mobbingu w Urzędzie Skarbowym w Zgierzu – prześladowanie mnie trwa ponad dwadzieścia lat:
1. Przetrzymywanie mojego dowodu osobistego przez pracowników recepcji w jednym z krakowskich Pensjonatów – przez cały okres mojego pobytu w maju 2000 r.
Pracownicy ci wymusili na mnie, bym zostawiła im mój dokument tożsamości w celu zameldowania, a potem mimo moich kilkakrotnych próśb nie chcieli mi go oddać – został mi zwrócony dopiero w dniu wymeldowania. Zatrzymałam się tam w dniach – jak sobie przypominam – od 5 do 12 maja 2000 r., podczas sześciodniowego objazdu  obowiązującego studentów I roku w Studium Zaocznym IHS UW. Codzienne, wielogodzinne zajęcia były tak wyczerpujące, że zabrakło mi sił do bardziej zdecydowanej interwencji dla  odzyskania zabranego w ten sposób dokumentu. Miałam też nadzieję, że nie stanie się nic złego, ponieważ wówczas o Krakowie panowała ogólna opinia, że jest to miasto dawnych królów polskich, umiłowane przez papieża, św. Jana Pawła II. Przeraziłam się, gdy po pewnym czasie dotarły do mnie wiarygodne wiadomości historyczne o szczególnie bezwzględnej, działającej w Krakowie powojennej bezpiece i utrzymujących się nadal konsekwencjach zagnieżdżenia się tam tych „aparatczyków”.
2. Napad na mnie w Łodzi w 2003 roku – m. in. skradziono moje dokumenty tożsamości: dowód osobisty i paszport
W dniu 24.01.2003 roku wracałam do domu z piątkowych zajęć w Studium Zaocznym, ponieważ nie udało mi się znaleźć noclegu w schronisku młodzieżowym. Zajęcia kończyły się o godzinie dziewiątej wieczorem, więc po wyjeździe z Warszawy, z Łodzi mogłam się wydostać tylko połączeniami nocnymi. Autobusem udało mi się dotrzeć do ul. Aleksandrowskiej przy łódzkim „Teofilu”, a dalej szłam pieszo Aleksandrowską po prawej stronie, aby znaleźć się na przystanku nocnego autobusu, którym można dojechać do cmentarza na Szczecińskiej, skąd do domu idę około 40 minut. Na samym początku tej „trasy” zostałam napadnięta przez wysportowanego bandytę, z łatwością przeskakującego dość wysoki płot, który wówczas, przed remontem ul. Aleksandrowskiej, rozdzielał tory tramwajowe. Napastnik wyrwał mi torbę z dokumentami, które wymienione są w Zaświadczeniu z 25 stycznia 2003 roku,a ponadto były w niej niektóre dokumenty dotyczące nieruchomości, na której mieszkam.
Wcześniej, późnym popołudniem w piątek, 24.01.2003 r. zadzwoniłam z Warszawy do W.S., żeby mnie odwiózł, bo nie mam noclegu i muszę wracać do domu. W trakcie przeprowadzania rozwodu moje córki wyprowadziły się wraz ze swoim ojcem, W.S., do mieszkania jego Matki. W.S., który „wziął” sobie samochód – nasz wspólny małżeński majątek – po naszym rozwodzie w wyjątkowych sytuacjach podwoził mnie do domu, dlatego też, w obawie przed nocnymi zagrożeniami, chciałam prosić go o pomoc. Miałam wówczas wrażenie, że osoby, które znajdowały się w pobliżu automatu telefonicznego na dworcu, z którego dzwoniłam, zwracali uwagę na to, co wówczas powiedziałam  (do jednej z moich córek, która odebrała telefon). Dowiedziałam się, że jej ojciec „się kąpie”, co mogło oznaczać, że go nie ma, a córka wolałaby o tym nie mówić
W tym okresie narzucał mi się, ostentacyjnie, nie ukrywając tego wobec innych studiujących, studiujący na roku tym samym co ja, W.U. z Wrocławia, który „ustawiał się” wówczas w Warszawie. Nie jestem pewna, czy to jemu podsłuchiwacze donieśli o moim nocnym powrocie czy też jakimś warszawskim ochroniarzom, ani jedno, ani drugie nie jest wykluczone.
3. Uporczywe szkalowanie mnie w miejscu zamieszkania
Mój ojciec, K. M. był notorycznie okradany z pieniędzy. Wiedziałam, że Ojcu ginęły pewne kwoty z emerytury, bo przecież mówił mi o tym. Obustronne relacje między mną, a moim Ojcem od czasu mojej pełnoletniości były zawsze nienaganne (w czasach mojego dzieciństwa był surowym, zapracowanym  człowiekiem).
W listopadzie 2015 r., rok po śmierci Ojca, porządkując Jego mieszkanie przed Świętami Bożego Narodzenia, znalazłam pismo, z którego dowiedziałam się, że Prokuratura Rejonowa w Zgierzu posiada dokumenty, zawierające oskarżenie mnie o dokonanie przestępstwa: ukradzenie mojemu Ojcu 3000 zł. Ja tego przestępstwa nie popełniłam. Takie oskarżenia potrafią dość skutecznie zmarginalizować każdego człowieka, a to wszystko ma – jak sądzę – związek z mobbingiem w Urzędzie Skarbowym w Zgierzu.
Podczas mojej nieobecności, na przykład: gdy wyjeżdżałam do Warszawy na zajęcia w Studium Zaocznym, czy też wychodziłam na kilka godzin, aby pozałatwiać sprawy, albo wyjeżdżałam na dwudniowe szkolenia i konferencje organizowane w ramach programu Polska Cyfrowa Równych Szans – nie raz stwierdziłam, że włamywano się do mojego mieszkania i wiele wskazuje na to, że zostały założone urządzenia do podglądania i podsłuchiwania mnie. Prześladowcy od dawna wiedzą, kiedy wychodzę z domu i już nie raz włamali się, gdy wychodzę nawet na niezbyt długo – jest to jedna z oznak, że bandyci w ciągu tych dwudziestu lat prześladowania mnie przeniknęli do domów w bliższym i dalszym sąsiedztwie. Chciałabym podkreślić, że do 2000 roku wśród zasiedziałych mieszkańców, do których należał jeszcze mój Ojciec i jego rodzeństwo, a ja kontynuuję tę tradycję, nigdy nie było wewnątrzrodzinnych ani międzysąsiedzkich zatargów i niesnasek. Nikomu z mieszkańców, którzy są tu teraz , także nie zawiniłam w niczym i nikt nie powinien do mnie nic mieć. To zło zostało urobione z zewnątrz, a ja mogę się tylko domyślać – w jaki sposób i za pomocą kogo  ktoś tam pilnuje, żeby mnie zmarginalizować i zastraszyć za pomocą niematerialnych sposobów, aby pozbawić  mnie wszystkiego, co posiadam.
4. Wyłudzenie podpisu na zadrukowanej kartce, podsuniętej mi jako dokument dostawy, przez kierowcę, który przywiózł zamówiony przeze mnie telefonicznie węgiel na opał.
Węgiel zamówiłam w składzie opału w Zgierzu, ul. K. nr 14, dostawca – M.W.i, Zgierz, ul. D. 66 c/13. Nigdy nie mieliśmy żadnych problemów z dostawcami opału, z naszego powodu też nigdy nie było żadnych nieporozumień. W chwili dostawy zbliżała się burza, wyszłam z domu bez okularów i gdy dostawca podsunął mi kartkę A4, na której – jak pamiętam – nie było tabeli, podpisałam ją bez czytania. Nigdy nie zawarłam z nikim żadnych ustaleń ani umów, które dotyczyłyby wykorzystania mojej osoby albo domu do jakichkolwiek celów. Jedynymi miejscami, z którymi się dotychczas w moim dorosłym życiu powiązałam, były LO I im. St. Staszica w Zgierzu, Politechnika Łódzka, ZPW „Fresco” w Zgierzu, Urząd Pracy w Zgierzu, Urząd Skarbowy w Zgierzu, Uniwersytet Warszawski, Stowarzyszenie „Miasta w Internecie” z siedzibą w Tarnowie, od początku korzystam z usług telekomunikacyjnych sieci „Plus” – więc byłam pewna, że na tej kartce może być tylko jakiś opis dotyczący węgla i jego dostawy. Po pewnym czasie, porządkując dokumenty stwierdziłam ze zdziwieniem, że dostawca węgla nie podsunął mi do podpisu oryginału formularza, którego kopię mi wręczył. Wówczas mój Ojciec od kilku lat był już  bardzo niedołężny, tracił pamięć, sprawy związane z domem przekazał mi, żebym się nimi zajmowała sama.
Ten niejasny dla mnie incydent zdarzył się dnia 04 maja 2012 r. Podczas rozmowy telefonicznej zażądano ode mnie, bym podała mój numer PESEL. Zadowolona, że taka transakcja jest możliwa, nieopatrznie podyktowałam swój PESEL. Nie jestem pewna, czy ktoś nie włamał się wówczas do mojego telefonu, bo nie raz zdarzyło się, że jacyś obcy włączali mi w tym okresie , nawet gdy łączyłam się z prywatnymi rozmówcami, nagranie ze słowami „rozmowa kontrolowana”. Dostawcy nie znałam, ponieważ tam, gdzie zwykle kupowaliśmy węgiel, była zdaje się przerwa w prowadzeniu działalności.
Zdarzenie to wiązałam to z Konferencją w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego „Integracja 2.0: Pokolenie 50+. Pierwszy krok w cyfrowym świecie” w dniu 10 maja 2012 r., w której uczestniczył minister Boni. Ponieważ byłam już zakwalifikowana do szkolenie, po którym nabywało się uprawnienia Latarnika Polski Cyfrowej, zgłosiłam się wysyłając internetowy formularz i otrzymałam zaproszenie na Konferencję pocztą elektroniczną. Gdy zaliczyłam szkolenie, wysłałam e-mailem do koleżanek i kolegów Latarników, a także do Stowarzyszenia Miasta w Internecie w Tarnowie informację o tym wyłudzeniu podpisu.
Za wyłudzenie podpisu uważam jeszcze jedno zdarzenie, z 2016 roku: osobie zaufania publicznego pokwitowałam doręczenie przesyłki, składając podpis w linijce na samym dole prawej strony w jakiejś nietypowej ewidencji, która miała format A4, ale była  pożółkła, jakby przeleżała już ze trzydzieści lat i była wymięta od częstego używania. Nie chcę o tym szerzej pisać, ponieważ zdarzenie to wskazuje na udział w tym długotrwałym procederze  figur, które mają możliwość wymuszania dwulicowego postępowania na osobach, które darzę zaufaniem

Drzewa owocowe w moim ekologicznym sadzie

Kultura

1. O jabłoniach napisałam 20 czerwca.

2. Wiśnia pospolita, wiśnia zwyczajna (Crasus vulgaris Mill.)
Gatunek rośliny z rodziny różowatych.
Wiśnie można krzyżować z czereśnią. Występuje jako krzew lub drzewo. Kora jest czeronawobrązowawa, lśniąca.
W Polsce występuje kilkadziesiąt odmian sadowniczych, najstarsza – Łutówka. Mój Ojciec zasadził tę odmianę wiele lat temu, ale że została obłamana podczas wichury, niewiele z niej zostało. Ostatnio jakby odżyła i sporo urosła. Jej owoce są bardzo smaczne.
Jeśli wiśnia nie była szczepiona, na przykład na wiśni ptasiej albo antypce (wiśnia kwitnąca), a ma odrosty korzeniowe, powtarzają one cechy matecznej wiśni gatunkowej; Odcięte od korzeni wiśni na przełomie lipca i sierpnia, w czasie deszczowych, ciepłych dni dobrze się przyjmują. Na zdjęciu małe drzewko, które jest odrostem korzeniowym posadzonym w połowie lipca, miesiąc później wypuściło kilka pędów.
Jest samopylna, owocuje na długopędach. Są odmiany wiśni, które wytwarzają także krótkopędy.
W pierwszym roku po posadzeniu drzewko należy przyciąć, skracając gałązki boczne do trzech oczek; dla uzyskania wysokiego drzewa nie skraca się przewodnika – ja obcięłam je na wysokość 120 cm, żeby drzewko urosło niewiele ponad 2 m.. W następnych latach wiśnia raczej nie wymaga cięcia. Warto wiedzieć, że podczas wiosennego cięcia z powstałych ran wyciekają soki, przez co drzewko narażone jest na infekcje. Aby prowadzić drzewko w formie wachlarza, przycina się je co roku po zebraniu owoców, w taki sposób jak brzoskwinie i nektaryny, ale że zabierałoby mi to zbyt dużo czasu, moje wiśnie będą miały niezbyt wybujałą formę krzaczastą.
Szkodniki wiśni:
– mszyce – można spróbować oprysku mydłem insektycydowym (świeżym wyciągiem z odpowiednich roślin) zanim pojawią się te szkodniki i zaraz po ich wysypie; warto zwabiać pasiaste bzygi, siejąc to tu, to tam aksamitki, karłowy powój trójbarwny lub nasturcje.
– piędzik przedzimek (jej zielona gąsienica do lata żeruje na liściach – ratunkiem jest specjalny lep – opaski z wabiącą substancją; postać dorosła zimuje w glebie, samice nie mają skrzydeł, składają jaja w koronach drzew w okresie od jesieni do wiosny,
– rak bakteryjny: liście kruszą się i wyglądają jak pogryzione przez szkodniki, opadają zawiązki owoców. Porażone drewno z sączącą się lepką brązową wydzieliną wycinamy nożem i miejsce po wycięciu zabezpieczamy środkiem grzybobójczym, np. Miedzianem dodanym do farby emulsyjnej w proporcji 2g/l farby;
– srebrzystość liści (można spróbować wyciąć pędy porażone tym grzybem)
Jak wiadomo, bogate w witaminy i mikroelementy owoce wiśni służą zdrowiu. Wspomagają leczenie niedokrwistości i stanów gorączkowych, ale drażnią przewód pokarmowy, więc powinni z nich zrezygnować cierpiący na chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy. Nie mogą jeść tych owoców zbyt dużo ludzie otyli i chorujący na cukrzycę typu II, ponieważ wzmagają one apetyt.
3. Czereśnia, wiśnia ptasia, trześnia (Prunus avium L)
Roślina z rodziny różowatych.
W Polsce często można spotkać odmianę Hedelfińską, która jest obcopylna, a jako jej zapylającą towarzyszkę sadzi się czereśnię Büttnera Czerwoną (dla odmiany Vega – Karesowa Büttnera Czerwona, dla Summit – Van, Lapins, Bing, dla Octavia – Sam, Schneidera, dla Sam – Bing, Van, Hedelfińska). Samozapylającą się odmianą jest kanadyjska Summerland (skrzyżowanie Van i New Star).
Korony czereśni nie zagęszczają się, więc nie trzeba ich prześwietlać Aby nie urosły zbyt wysokie, w koronie krzaczastej ścina się wierzchołek nad siódmym – ósmym konarem..
Najlepiej owocują na pędach dwu- i trzyletnich. Jeśli są prowadzone w formie tradycyjnej, nie trzeba ich ciąć. Ewentualne przycinanie czereśni przeprowadzamy latem po zbiorze owoców, ale trzeba zastosować maść ogrodniczą, by poprzez miejsca cięcia nie wtargnęły chorobotwórcze bakterie, wirusy czy grzyby. Po cięciu (letnim) drzewo powinno zregenerować się w ciągu dwóch lat, o ile nie wda się bakteryjny rak.
Więdnące i brązowiejące liście są objawem brunatnej zgnilizny drzew pestkowych. W ogrodzie ekologicznym z wielką ostrożnością, żeby nie zaszkodzić pożytecznym owadom, można wówczas zastosować fungicyd miedziowy – zapobiegawczo, w okresie pękania kwiatów.
Dobrze jest dbać o dobrą kondycję drzewa. Wokół pnia nie powinno być chwastów. Zasilamy glebę kompostem i torfujemy.
Jak wiadomo, owoce czereśni chętnie jedzą cukrzycy i sercowcy, wspomagają one także leczenie zapalenia dróg moczowych i zaparć. Są – jak wszystkie owoce – skarbnicą witamin, mikroelementów i innych pożytecznych dla zdrowia substancji.
4. Grusza (Pyrus L.)
Nakeży do rodziny różowatych.
Jej gatunki łatwo się ze sobą krzyżują.
Dla Klapsy – Faworytki zapylaczem jest na przykład azjatycka Chojuro, Bera Boska (owoce dojrzewają w okresie wrzesień/październik), Dobra Ludwika (wrzesień), Bonkreta Williamsa (wrzesień), Komisówka (październik/listopad). Odmiany te także zapylają się wzajemnie.
Cięcie uformowanej gruszy przeprowadza się w drugiej połowie marca (!). Nie różni się ono od cięcia jabłoni, ale trzeba pamiętać, że grusze owocują przede wszystkim na krótkopędach, które szybko się starzeją, więc grusze trzeba odmładzać: wycinamy gałęzie 3-4 letnie, zostawiając co najmniej dziesięciocentymetrowy czop, licząc od miejsca wyrastania z przewodnika. Z pąków uśpionych powinny wyrosnąć nowe pędy. Usuwamy też jednoroczne pędy rosnące w górę, które konkurują z przewodnikiem.
Szkodnikami gruszy są:
– miodówka gruszowa (mały, 4-5 mm pluskwiak o doszkowato ułożonych, przezroczystych skrzydłach (powodują zamieranie młodych pędów, poza tym przenoszą chorobę mykoplazmatyczną);
– paciornica gruszowianka – muchówka przypominająca komara (2-3 mm), jej małe białe larwy niszczą zawiązki owoców;
– podskórnik gruszowy, wzdymacz gruszowy – niewielkie szpeciele (15 mm), które żerują gromadnie na liściach, powodując ich deformację i plamki; uszkadzają owoce.
jak wiadomo, gruszki mają znaczenie dietetyczne zbliżone do czereśni, zawierają ponadto bor, dzięki temu wspomagają pracę mózgu i regulują procesy odwapniania kości.
Gruszki doskonale nadają się do przetwarzania. Z surowymi – warto przygotowywać sałatki, na przykład z dodatkiem orzechów i żółtego sera.
5. Śliwa (Prunus L.)
Rodzaj krzewów i drzew z rodziny różowatych.
Przy zakupie trzeba wiedzieć, czy drzewko jest samopylne, częściowo samopylne ( lepiej plonuje zapylona obcym pyłkiem), czy obcopylne – ma owoce tylko po zapyleniu pyłkiem innej odmiany.
Nie wszystkie odmiany śliw tworzą wzajemnie zapylające się pary. W szkółkach drzew owocowych na pewno uzyskamy dobre rady.
Odmiany:
Renkloda Ulena – samopylna, Althana – obcopylna; ich owoce nadają się na kompoty;
Cacanska Rana – obcopylna, do zapylenia potrzebuje Ruth Gerstetter, Cacanska Lepotica lub Empress, jej różowofioletowe owoce mają zielonożółty smaczny miąższ, który dobrze oddziela się od pestki; samopylna jest Cacanska Lepotica;
Mirabelka z Nancy jest samopylna, jej małe, kuliste złocistożółte owoce nadają się na kompoty i przetwory.
Węgierka łowicka – jest samopylna; dąbrowicka – obcopylna;
Mam już trochę doświadczenia z tym gatunkiem drzew. Ojciec zasadził kilka węgierek łowickich, po których została już tylko kolczasta podkładka. Szkoda, bo ich owoce były niespotykanie smaczne; drewno miało cynamonową barwę. Gdy bardzo się już zestarzały, pobrałam oczka do okulizacji. lecz nie utrzymały się. Nowa śliwa, też węgierka, którą kupiłam ją w markecie, jest obcopylna.
Starsze drzewka często owocują naprzemiennie – co dwa lata.
Śliw raczej nie tnie się zimą, ponieważ rany goją się powoli i drzewko narażone jest na infekcje. Po uformowaniu drzewka wycina się tylko to, co jest uszkodzone. Nie odmładza się śliw, bo żle znoszą cięcie grubych gałęzi.
Ziemia dla śliw powinna być żyzna. Podczas suszy, gdy tworzą się zawiązki owoców, młode drzewka trzeba podlewać. Kwiaty śliw są wrażliwe na przymrozki.
Szkodniki:
larwy owocówko żółtorogiej – żerują na zawiązkach owoców
Gąsienica motyla owocówki śliwkóweczki powoduje robaczywienie owoców. Latem zakłada się opaski feromonowe, po kilku tygodniach – zdejmuje się je z larwami i niszczy.
Śliwki – im ciemniejsze, tym są zdrowsze, ich ciemne barwniki działają przeciwzapalnie i wyłapują wolne rodniki. Zawierają dużo potasu, który wspomaga działanie układu nerwowego. Działają przeczyszczająco. Chętnie spożywają je sercowcy i ciśnieniowcy.
Przetwarza się je na wszystkie możliwe sposoby.
Suszenie w domowych warunkach zapewne jest kosztowniejsze niż zakup gotowych, ale „ręcznie” uzyskujemy bardzo zdrowy produkt. Oto przepis:
Bierzemy dojrzałe, niezwiędnięte, nieuszkodzone owoce, które – dla zmiękczenia skórki i usunięcia z niej woskowatej okrywy, która utrudnia parowanie wody z owoców – trzeba przepłukać wrzątkiem albo blanszować w gorącej wodzie przez kilkanaście minut. Następnie, po osuszeniu na sicie, usuwa się pestki. Tak przygotowane owoce, ułożone na metalowej kratce albo na emaliowanej blasze do pieczenia, suszy się etapami w piekarniku w temperaturze 55 – 60 st.C., przy uchylonych drzwiczkach (lub w specjalnej elektrycznej suszarce do owoców):
4 godziny suszenia – nie przyśpieszane ostudzenie się owoców – następne kilkugodzinne suszenie w temperaturze 60 – 65 st.C.

Myślę, że moje Córki otwierają sobie Lalaga.Krótkie opowiadanie o zwykłych ludziach”

Kultura

To jedna ze stron na qz-opowiastki.blog.pl, którą na początku określiłam jako wiodącą, więc po wpisaniu jej tytułu w wyszukiwarce Google, witryna wyświetla się zaraz na początku listy.
Moje, dorosłe już, dzieci! Bardzo za Wami tęsknię. Modlę się za Was codziennie i mam nadzieję, że Wy za mnie też. Modlitwa w intencji, żeby komuś dobrze się wiodło, stała się popularna, rozmyśla tak teraz wielu młodych. Dla Was i dla mnie nie jest to niczym dziwnym, bo przecież babcia Marta modli się tak każdego dnia.
Strzegę naszego domu i ogrodu z sadem przed zakusami rozmaitych obcych, powiązanych z sąsiedztwem. Od czasu, jak ostatnio byłyście, przybyło tu sporo nowych roślin. Mam nadzieję, że nie zważając na ewentualne przeszkody zajrzycie do mnie, a właściwie – do swojego rodzinnego domu.
Mama

Fauna w moim ekologicznym ogrodzie

Kultura

Ta część musi poczekać na swoją kolej. Mimo ogromu pracy, co w okresie letnim jest rzeczą naturalną dla nas, którzy służymy Matce Ziemi i poprzez to pomagamy wszystkim innym ludziom, postanowiłam napisać krótką opowiastkę pod tytułem „Żaba”, którą za jakiś czas włączę do „Lalaga, krótkie opowiadanie o zwykłych ludziach”, jak tylko znajdę czas, bym mogła uporać się z tłumaczeniem jej na język włoski.
Żaba
Pomyślałam, że nie żyje. Na pewno niechcący przycisnęłam ją drzwiami i nawet tego nie zauważyłam. Gdyby przeskoczyła przez próg i dostała się do wewnątrz, też by nie przeżyła. Chyba, że przypadkiem bym ją zauważyła i pomogłabym jej umknąć.
Odsunęłam ją stopą spod drzwi, które podczas zamykania dotknęły jej grzbietu. Nie poruszyła się. Oczy, nad którymi ma takie ładne brwi, nadal były zamknięte.
Nie żyje.
Poszłam do szopy po łopatę. „Trzeba ją wynieść i zakopać” – pomyślałam. Gdy łopata znalazła się tuż przy żabie, ta raptem skoczyła. Raz, drugi – i wnet znalazła się za rynną. Skacz sobie wśród traw i ziół, miła żabko dobrodziejko!
Parę godzin później znieruchomiała na mój widok dobrodziejka jaszczureczka. Cwilę później pomknęła! – i ukryła się wśród kwiatów. Mój katolicki małżonek mawiał w takich przypadkach: „Prawo serii”.
Moje – najdroższe memu sercu – córki! Żebym ja tę uroczą żabę miała wziąć w rękę – to, co to, to nie. W dzieciństwie nie czytałam bajek o ślicznych żabkach, tak jak Wy.

Kolejne poczynania szajki mataczy na nieruchomościach

Kultura

Szajka, a może szajki z aglomeracji łódzkiej , które jak sądzę powiązane są ze środowiskiem dawnych ubeków i im podobnych, mataczą na nieruchomościach. Obiektem ich żeru stało się miejsce mojego zamieszkania. Początki tego procederu mają swój początek w 1994 roku, kiedy to naraziłam się zbieraninie „post-bezpieki”, „post-zomo” i innym o tym podobnej mentalności obywatelom naszego kraju, którzy poobsiadali, pośród urzędniczej braci, drobniejsze i grubsze urzędnicze posadki w skarbówce. Ich macki sięgają wszędzie: mają swoich we wszystkich urzędach, służbach, wśród przedsiębiorców – pewnie nie ma miejsc, gdzie by ich nie było, i węszą, żeby podłapać tak zwane „haki” na majętnych niepowiązanych z nimi uczciwych ludzi, na których spodziewają się wyciągnąć dla siebie niezły zysk. My, zwykli Polacy, którzy stanowimy trzydziestomilionową część narodu w tym kraju, staramy się żyć według wzorów, jakie wynosimy z naszych rodzin, jakby tej „post-bezpieko-tłuszczy” wcale nie było, bo przecież na byle co nie zwraca się uwagi, i z determinacją stawiamy im tamę: naszym życiem nie zawładną i do naszych polskich domów się nie wkręcą.